Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/671

Ta strona została uwierzytelniona.


— Co kawaler tu porabia, w tym kącie zapadłym; dokąd i z czém jedzie; czy ma co do przekąszenia i nie jest głodny? i t. p. — rejent jak siadł na ławce i począł opowiadać, badać, śmiać się, prawić anegdotki, przebałakał tak cały czas aż do zaprzężenia moich koni, poświęciwszy swoje, które oddawna na niego czekały.
Zastanowiło mnie w rozmowie z nim, że wszystkich znał, a o czémkolwiek mówić przyszło, ze wszystkiém był oświadomiony, nic mu nie było obcém, obchodziło go wszystko.
Wiadomości najprzerozmaitsze sięgały nawet aż do literatury, któréj nowości znał; choć kilka słów francuskich, straszliwie wymówionych, wprawy w języku tym nie dowodziły, rozumiał go dobrze.
Musiał miéć naówczas z górą lat pięćdziesiąt, ale żywość miał prawdziwą młodzieńczą, dziarskość dwudziestokilkoletniego chłopaka i, choć okutany, poobwijany od zimna i wilgoci, kręcił się, jakby mu zimno zawadzało.
Króciuchna ta znajomość, na gościńcu zawarta, gdym o niéj ojcu, powróciwszy do domu, wspomniał, wywołała wesoły wykrzyknik:
— Poczciwe rejencisko! a, prawda, że oryginał?
Ja niewiele o téj oryginalności mogłem sądzić, ale ojciec, który znał go zdawna, utrzymywał, że to była istota wyjątkowa.
Na imieninach u państwa W..., wśród bardzo licznego zjazdu, po raz wtóry zetknąłem się z nieoszacowanym rejentem. Wyglądał wcale inaczéj, miał bowiem naówczas używany frak granatowy z guzikami błyszczącemi, kamizelkę kaszmirową, chustkę na duczce niebieską, popielate spodnie, a włosy najdziwniéj do góry nastrzępione, które nieustannie rękoma roztrząsał i znowu wygładzał.
Wszyscy go witali wesoło i uprzejmie, zdawał się miłym wszędzie a czynnym był i osobą i mową tak, że na chwilę nie spoczywał. Jego szybką ale dobitną mowę i śmiech klarowny, jasny, czysty, bez żółci, słychać było z kolei po wszystkich kątach domu.
Niekiedy powoływano się na niego i słychać było:
— Rejencie! rejencie!
Wezwany nadbiegał i kupka ludzi gromadziła się zaraz koło niego, któréj gwar wesoły towarzystwo ożywiał.
Niezawsze przebywając w tych stronach, nie miałem tu wielu znajomych, oprócz trochę dzikiego, bardzo czasem dziwacznego, ale nie bez dowcipu i złośliwości pana B. z Czachca.
Ten zwykle w towarzystwie był, jak korek w wodzie, spływał po wierzchu nie zanurzając się, obserwował a czasem słówkiem rzucił ostrém i okrutnie bolesném, choć tak ogładzoném, że trzeba je było przełknąć w milczeniu.
Tego dnia, dzikszy może niż zazwyczaj, p. B. nie mając kogo,