Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/674

Ta strona została uwierzytelniona.


— No, nic, ale zrobiłem początek.
— Jakiż?
— Wypchnął mię za drzwi, powiadając, abym nosa nie wścibiał, gdzie nie należy — rzekł rejent spokojnie, i tylko włosy ręką czochrał i następnie gładził. — Na dziś dosyć, jutro rekapituluję... Pan chorąży mnie nie wypędzisz? Przenocuję gdziekolwiekbądź.
— Nocuj i siedź, póki tylko chcesz — odparł ojciec — admiruję twe poświęcenie się, ale ci przepowiadam, że przykrość miéć będziesz a nic nie wskórasz... Znam jego, jest zacięty, niełatwo go zmiękczyć.
— Ale próbować należy — odparł rejent — to darmo! Żeby z tego powodu córki się wypierać i wydziedziczać i nie dać się jéj na oczy pokazywać... to się nie godzi! Serce miéć potrzeba! W pierwszéj chwili pojmuję oburzenie, uniesienie, ale teraz czas ochłonąć.
Rejent pozostał na noc, nazajutrz znowu pojechał do rozgniewanego ojca, który schował się przed nim. Rejent siedział i czekał do wieczora o głodzie i powrócił z niczém do nas. Ruszył po raz trzeci i skończyło się na tém, że u zamkniętych wrót pan X... kijem mu zagroził.
Wątróbka wrócił skonfundowany wprawdzie niepowodzeniem, ale bynajmniéj nie zrażony... Uznał tylko, że potrzeba było ojcu więcéj dać czasu na wyburzenie się całkowite. Pożegnał więc nas i odjechał.
Dowiedzieliśmy się późniéj, iż wygnanym onym młodym państwu dał naprzód schronienie u siebie, a potém póty pracował, biegał i prosił, aż byłemu guwernerowi wynalazł zajęcie.
Ale ponowione próby przebłagania ojca zupełnie mu się nie powiodły.
Ten jeden wypadek dał mi wyobrażenie o rejencie. Był ubogi, a niezamożność swą zawdzięczał tylko temu mieszaniu się do spraw cudzych. Śmiano się z niego, wstrzymywano go, ale natura jego była taka, więc nic nie pomagało. Zaledwie zasłyszał o czémś, zrywał się i szedł złapać guza.
Naówczas gdym go poznał, był wdowcem bezdzietnym, ale historya jego ożenienia należała także do ekscentrycznych wybryków. Dlaczego nigdy nikt nie uznał w nim heroizmu i bezprzykładnego poświęcenia się, a wszyscy się z niego naśmiewali? nie wiemy; dlaczego ci nawet, którym służył z takiém zaparciem się siebie, nie okazywali mu wdzięczności, rzecz niepojęta.
Pan B. z Czachca zwał go Don Kiszotem i miał po części słuszność; obok heroizmu była śmieszną ta jawność, jaką mimo-