Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/680

Ta strona została uwierzytelniona.


Jednego ranka zjawiła się na dole tablica niewytwornie malowana, zwiastująca: „Wyszynk rozmaitych trónkuw, wudek, pywa i t. d.“. Niewiele to było obiecującém — a sąsiedztwo takiego szynku bywa prawdziwém utrapieniem. Nie chciało mi się już patrzéć w tę stronę.
Wiedziałem tylko, iż w ciągu zimy, oprócz szynku na dole, nikt się do domu nie wprowadził.
Pośpiesznie nalepione tynki, od pierwszych mrozów popękane, stały się obrzydliwie plamiste; dom, choć nowy, powierzchowność miał odrażającą.
Deszcz, śnieg i pluchy zmywały napróżno wywieszone karty, oznajmujące, iż wszystko było w porządku.
Nadeszła wiosna, właściciel trochę ściany pomazał na nowo, zabrano się do uporządkowania podwórka i ogrodzenia, placyk przybrał nową fizyognomię — nie ładną ale znośną.
Kwiecień się już rozpoczął, gdy jednego dnia rano spostrzegłem, znanego mi z migdałowego surduta wyszarzanego, właściciela nowéj kamieniczki, który prowadził z sobą kobietę średniego wzrostu, otuloną wielką, wyblakłą i wynoszoną chustką.
Gdy się zwróciła, mogłem tylko rozpoznać bladą i młodą twarzyczkę. Ubranie było ubogie, ale chędogie.
Trwożliwie, pośpiesznie dziewczyna z właścicielem weszła do wnętrza i w chwilę potém ujrzałem gospodarza otwierającego okna drugiego piętra. Pokazywał i zalecał części mieszkania tam się znajdującego.
Oględziny domu trwały dosyć długo, poczém kobieta sama już wybiegła szybko i rzuciwszy okiem na dom raz jeszcze, bardzo przyśpieszonym krokiem puściła się ulicą i z oczów mi znikła.
Mogłem się jéj teraz lepiéj przypatrzeć. Twarzyczkę miała dosyć przystojną, lecz troski życia wyryły się na niéj tak straszliwie, tak dobitnie, iż los nieszczęśliwy odrazu z niéj wyczytać było można. Szła jakby przestraszona i nieprzytomna — zatopiona w myślach.
Ubiór czysty był niezmiernie ubogi, począwszy od obuwia do okrycia głowy. Nie widać w nim było najmniejszéj kokieteryi, która nawet przy ubóstwie objawiać się umie; pomimo to wyglądała przyzwoicie i nie było zaniedbania rozpaczliwego w ubraniu.
Zagadką było dla mnie, czy mieszkanie zostało najęte, ale po południu rozwiązała się ona, bo stróż zaczął myć okna, zamiatać i oczywiście przygotowywać pół pięterka na przyjęcie lokatorów.
Przez cały dzień następny trwały te przygotowania; trzeciego rano zajechał wózek biedny i ciągnięty przez dwóch ludzi, starego w łachmanach i chłopię bosonogie. Pełen on był sprzętów, na któ-