Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Nowele, Obrazki i Fantazye.djvu/685

Ta strona została uwierzytelniona.


— Ale czyż nikt w pomoc nie przyjdzie? — zapytałem.
— Pomoc przychodzi — szepnął lekarz — ale ona upokarza i dobija, a harda dziewczyna uważa ją za pożyczkę tylko, którą zwrócić jest obowiązaną.
W kilka dni potém sprawdziła się przepowiednia doktora: staruszka skończyła życie. Pogrzeb był tak cichy i biedny jak pierwszy...
Wieczorem w jedném oknie się świeciło, czuwała za niém biedna sierota.
Znając zacnego doktora, który nie tylko lekarstwami ale radą i opieką służył swéj ubogiéj klienteli, byłem pewnym, że nie opuści dziewczęcia, którego rodzinę znał; stosunki w mieście liczne dozwalały mu łatwiéj niż komukolwiek znaléźć środki nieupokarzające — zaopiekowania się sierotą. Ale z doktora dobyć coś nie było łatwo, bo się chwalić i mówić o tém, co czynił, nie lubił.
W kilka dni po pogrzebie staruszki, w oknie zjawiła się blada twarzyczka dziewczęcia pochylona nad robotą. Teraz ją nic po całych dniach nie odrywało od niéj. Nie wychodziła prawie z domu i domyślałem się, że w szynku na dole żywić się czémś musiała.
Zrana, jak tylko dobrze rozwidniało, siadała do krosien, nie wstawała do południa, przerywała pracę na czas bardzo krótki i wracała do niéj; siedziała do wieczora, a potém przy zapalonéj lampce prawie zawsze do późnéj nocy.
Można było dostrzedz niekiedy, jak szybko ocierała łzy z oczów, aby na to czasu nie tracić.
Nieruchomy ten profil ze swym wyrazem smutku skamieniałego robił takie wrażenie przejmujące, iż długo mu się przypatrywać nie było można. Co dni kilka wybiegało dziewczę na miasto z pudełkiem w ręku i niedługo zabawiwszy powracało. W stroju, w ruchach — w obliczu nic się nie zmieniło. Zdawała się tylko oswojoną z tym bytem i jakby bezmyślną; duszą była gdzieindziéj.
O ilem mógł dostrzedz, do niéj nie przychodził nikt przez całą zimę; i aż do wiosny lampka się paliła dopóźna, dziewczę wstawało ze świtem, a pracowało, gdy gdzieindziéj wszyscy już spali.
Wrzawy i hałasy, które często całemu sąsiedztwu bardzo się niemile czuć dawały, bo szynki nocami napełniała gawiedź i włóczęgi — jéj zdawały się nawet nie zwracać uwagi.
Z nadchodzącą wiosną, gdy się rok kończył mieszkania, jednego dnia nadszedł właściciel kamienicy.
Okna w mieszkaniu dziewczęcia pootwierano — ruch jakiś widać było, i drugie piętro opróżnione zostało.
Ponieważ nie widać było, aby sprzęty wynoszono, domyślałem się, iż biedna pracownica przeniosła się na poddasze.