Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Starosta Warszawski.djvu/484

Ta strona została uwierzytelniona.

Godzina ta wydała się wiekiem wszystkim, po deputacyi mało się kto spodziewał. Była to raczéj forma i pozór, niż krok, któryby skutek jakiś obiecywał. Stronnictwo Brühla wiedziało dobrze, iż Szymanowski, w obawie aby go przy takiém rozdraźnieniu, nie rozsiekano — rano wyjechał z Warszawy... Domyślali się tego i przeciwnicy...
Szeptano, spozierano, pomiędzy galeryami a salą dawano znaki... upłynęło wreszcie dosyć czasu, póki posłowie nie wrócili oznajmując, żo Szymanowskiego nigdzie znaleźć nie mogli.
Małachowski wstał cały drżący...
— Niech pomsta boża ściga tego niecnego obywatela, winowajcę, gorszego od ojcobójcy....
Przeklęctwo to, które rozległo się wśród ciszy i od którego niejedne lica pobladły — dotykało nietylko posła ciechanowskiego; spadało ono po części na tych, co byli przyczyną zamieszania i waśni. Stolnik litewski uśmiechnął się wprawdzie, lecz widać było po nim, że uczuł i on winę swoją.
— Spełniliśmy, dodał stary — obowiązki nasze do końca; dotrwaliśmy na stanowisku, bo do ostatniego tchu — winniśmy bronić Rzeczypospolitéj...
To były ledwie dosłyszane ostatnie wyrazy, któremi sejm został zamknięty... Małachowski padł na krzesło... w milczeniu smutném posłowie, jakby upokorzeni, płynąć zaczęli z sali... a narzekania