Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 01.djvu/026

Ta strona została uwierzytelniona.

— Grajmy no w marjasza, trochę cierpliwości, wszystko się wyjaśni! odparł Lewon.
— Ba Mociudziu! krzyknął gospodarz, ale ja bo całkiem cierpliwości nie mam i nigdy jej nie miałem.
— Inaczej się Acan Dobrodziej o niczem nie dowiesz... zadałem panfila! mówmy o czem innem.
Jakkolwiek i marjasz i gość niepospolicie niecierpliwili pana Bala, nie było sposobu; potrzeba było chcąc się czegoś dowiedzieć, nie pokazywać po sobie rozjątrzenia i nie wybuchać. Zagryzł usta pan Erazm, siadł szczelno na krzesełku i dał sobie słowo honoru, że będzie udawał flegmatyka. Niekiedy tylko to na sobie coś darł, to się szczypał, to trząsł ramionami, na co metodyczny gość nie zważał.
— Herb Gozdawa, mówił powolnie... noszą lilje, lub żeleźce lanc Burboni...
— Lub żeleźce? podchwycił Erazm, alboż to do siebie podobne...
— Musi być podobne, to rzecz u heraldyków nierozwiązana.
— A! a!
— Noszą lilje Farnezjusze... i wiele innych rodów.
— Więc to herb cudzoziemskiego autoramentu? spytał powolność udając pan Erazm.
— Nie, mają go genealogiści nasi za własny w XI lub XII wieku u nas nadany...
— Co dowodzi siedm wieków starożytności! piękna rzecz! podchwycił pan Bal.
— Lat siedmset dwanaście będzie tego roku, poważnie i z pewnością wyrzekł Lewon.
— A to i nie jedno hrabstwo takiego szlachectwa nie warte! — krzyknął pan Erazm.