Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 02.djvu/031

Ta strona została uwierzytelniona.

— Żeby choć trochę wiedzieć co się tam dzieje daleko...
— To już rodzaj nieufności, ja tak wierzę sobie i swojemu wybranemu, że listu nawet nie chcę...
— To dobrowolne okrucieństwo!
— Więc piszmy, ale na Boga panie Stanisławie, niech to nie będą listy Julji i Adolfa, ani żadnych dwojga kochanków. Nie piszmy o uczuciach, bo te się nie malują słowem, a tracą rzucone na ten papier który je niesie nieproszonym oczom... piszmy do siebie jak przyjaciele, co pragną wiedzieć o sobie; ja o Warszawie, pan o wsi, o swoich, o sobie.
— Dobrze, bylebyśmy pisali.
— Będzie to rodzaj dziennika, nic więcej, a jeśli się tam wkradnie uczucie, nie będzie go przynajmniej w planie, przyjdzie chyba bez pozwolenia...
Długo tak mówili jeszcze, a rozmowa ostatnia byłaby się nie wiem kiedy skończyła, gdyby nie powrót Krombachów z gośćmi i zapełnienie salonu. Stanisław z pogodniejszą pożegnał ich twarzą i zniknął wkrótce; z ulicy spojrzał jeszcze na balkon, zobaczył na nim czarną postać i chustkę białą, zastanowił się, uciekł.
W domu zastał najosobliwsze zamięszanie, którego przyczyną po części był wyjazd, po części pan Bal, pragnący go przyspieszyć, a najniezręczniej opóźniający. Mnóstwa rzeczy zamówionych brakowało, tych które były nie umiano zapakować, słudzy i państwo do dróg nie przywykli zapominali najważniejszych, brali najniepotrzebniejsze w zamian. Lizia chciała zabrać nuty, przybory malarskie, książki, pamiątki, stoliczki jakieś i ulubione kanapki, a na to wszystko miejsca się znaleźć nie mogło; pan Bal pakował Niesieckiego, sądząc