Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 02.djvu/100

Ta strona została uwierzytelniona.

Już innemi oczyma jakoś poczęto spoglądać na nieszczęśliwego pana Bala, który jeszcze odgadywał sympatją, gdy już wzbudzał tylko obawę i odrazę. Nieumiejętność języka naraziła go także na śmieszność nieuchronną i odstrychnęła od niego.
Przyszła nareszcie wódka i ta trochę poprawiła sprawę, bo to jedyna pociecha ludu, który nic nie ma nad nią, a pięknej strony powołania swojego nie zawsze czuć umie.
Chybił pan Bal że się wódki nie napił, że jej przynajmniej do najstarszego z gromady nie skosztował, nie byłby od tego zachorował, a że tylko leśniczy przepił do starszyzny, krzywo na to spojrzano.
— O! patrzajcie, rzekł jeden, tamto był graf, a kiedy nas przyjmował, bywało, nie wstydał się do Iwana i do Hrycia kieliszek gorzałki wypić; a kuropatwa kazała leśniczemu! jaki hardy!
Wszystko się tak po trosze składało na nieprzewidziane złe wrażenia, gdy Bal byłby nie wiem co uczynił, byle serce tego ludu, którego opiekę przyjmował, pozyskać sobie.
Lata często pracować trzeba, by jednej chwili dzieło odrobić.
Zaczęto jednak pić, wódka otworzyła usta, rozchmurzyła czoło, gradem posypały się wspomnienia, a z niemi żale za hrabią, za Supełkiem, których żałować nie było warto. Oba oni, chyba gdy ich już nie stało, godnemi żalu się pokazali w obec nieznanej przyszłości. Gromady jak zawsze przy rozstaniu rozpamiętywały co w nich było dobrego, tracąc złe zapomniane z oczu.
— To prawda, że hrabia popędził do smoły i czasem nie zapłacił za wywózkę drzewa, ale taki to był