Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 04.djvu/095

Ta strona została uwierzytelniona.

— Słyszałem o tem...
— Skończył z heroizmem chrześcjanina, który chce swobodny przejść na inny świat. Co za śmierć!!
To mówiąc i widocznie usiłując się co najprędzej oswobodzić, Zmora ukłonił się, dał jakiś rozkaz i szybko odszedł do dworu. Staś czytając nagrobki, przechadzając się po cmentarzu, pozostał czekając mszy, która wyjść miała około dziesiątej. Dzwonek dał się słyszeć nareszcie i od dworu pokazało się kilka osób idących ku kościołowi, Stanisław poznał Konstancją, której towarzyszył Zmora i guwernantka. Serce jego zabiło, ale pozostał u bramy cmentarza.
Konstancja szła powoli ze spuszczoną głową, zamyślona i milcząca, o kilka kroków od muru podniosła oczy, jakby instynktem wprost je rzuciła na Stanisława. Ale na pięknej jej twarzy nie widać było nic nad przelotny rumieniec; chociaż jej nikt nie oznajmił przybycia jego, choć nie wiedziała o nim, była pewna że go zobaczy, że serce jego odgadnie wszystko.
Poważnie zbliżyła się ku niemu, i w chwili gdy Zmora osłupiały stanął z podziwu, podała mu rękę, którą zarumieniony młody człowiek z uczuciem uścisnął.
— Państwo się znają? wykrzyknął pan Teofil z niejakim gniewem i trochą szyderstwa.
— Od bardzo dawna i bardzo dobrze się znamy, odpowiedziała Konstancja. — Prawda panie Stanisławie, że to niespodziane spotkanie, na cmentarzu i u katafalku? A! wszakżeśmy się tak podobno i pierwszy raz w życiu widzieli.
Stanisław nie mógł nic odpowiedzieć.
— Chodźmy do kościoła, dodała Konstancja, a po mszy wszak pan nas odprowadzisz do domu?