Strona:PL Józef Ignacy Kraszewski - Złote jabłko 04.djvu/103

Ta strona została uwierzytelniona.

sobie zamiar nabyć to za nic na swoję korzyść i znowu tak obciąć jak na lesie.
— Tęgi chłopak! mruknął pan Bal, powiesiłbym go na pierwszej sośnie bez sądu.
— Cóż robi? Wywąchał że u najstarszego Kaspra były papiery, jeździł do niego, a że szlachcic ich dawać nie chciał, przyszło do tego, że mu miejsce odjąć kazał, aby go nędzą zmusić do układów.
— Łotr! mruczał Bal patrząc na zegarek i tupiąc nogami, łajdak! niecnota!
— Koniec końców, do tego przyszło, że z niemi zawarł dotąd prywatną umowę. Mieli Mylińscy cząstkę we wsi Podbereziu, od lat kilkunastu za długi będącą w administracji, spekulant obiecał im ją powrócić czystą, a w zamian wziąć przelew na pretensją do Zakala, to jest za kilkadziesiąt dukatów nabyć dwakroć kapitału i tyleż procentów. Dodajmy że część ta i tak się święcie i niezaprzeczenie należy Mylińskim, a dawnoby ją mieć powinni, gdyby kto koło tego chodził. Moim zamiarem jest, dodał pan Tomasz, udać się wprost do Mylińskich, objaśnić ich i wejść z niemi samemi w układy. Lepiej żeby oni coś więcej wzięli, niż żeby Hubka z nas korzystał, ich w nędzy zostawując. Jest-że w tem co nieuczciwego?
Bal potrząsł głową.
— Dosyć, rzekł, że z Zakala należy dwakroć, a ja ich nie zapłacę.
— Zmiłuj się pan, śmiejąc się zawołał Parciński — od pana nic nie należy! Ale co mam z panem mówić. Dajmy temu pokój, proszę o całym interesie słowa nikomu nie mówić, do Hubki dziś odpiszemy, że przyjmujemy proces i wszystkie jego następstwa, a tym