Strona:PL JI Kraszewski Czarna godzina.djvu/142

Ta strona została skorygowana.

pocałować; ale mu ją wyrwała i, pogroziwszy na nosie, uciekła.
Wieczorem, gdy Chodzibój z pola powrócił, żona mu wszystko rozpowiedziała i długo siedziała z nim na skrzyni, radząc i szepcąc. Mąż to był przykładny, zakochany do ślepoty, łagodny, wierzący w swą Krzysię, niezazdrosny, i gdyby nie powolność — złoty człowiek.
O tyle, o ile ona była żywém srebrem, jego nazwać było można ołowiem. Gdy go wszakże w ruch wprawiła Krzysia, żył i energicznie się dźwigał.
Drugiego dnia, jak przepowiadała Chodzibojowa, wystroiła się do miasteczka. Służącéj przepisała, co miała robić, pozamykała śpiżarnie, czeladzi zagroziła, że opieszałość srodze będzie karana, siadła na wózek i pojechała.
Jednak nie miała planu obmyślanego, lecz na los szczęścia jechała na zwiady; nie wiedziała nic, oprócz tego, że musiała Lubachówkę, pana i siebie ocalić.
Zajechała naprzód do gospody, téj saméj, w któréj bilard co dnia gromadził licznych gości i gdzie piwo kobylopolskie beczkami codzień się rozpływało po gardłach i żołądkach obu narodowości. Ze smutkiem bowiem przyznać się należy, iż nic się u nas tak prędko i łatwo nie aklimatyzowało, jak nałóg wypijania niezmiernéj ilości piwa. Było ono dosyć rozpowszechnionym napojem biednéj szlachty