Strona:PL JI Kraszewski Czarna godzina.djvu/163

Ta strona została skorygowana.

jego za granicę wypchnięto; teraz musicie pomagać, abyśmy pozostali i siedziéć mogli spokojnie.
— To nie w mojéj mocy — zawołał Frejer.
— Rób, co chcesz — odparł Dydaś, i zabrał się do pisania.
Nastąpiło milczenie... Chodzibój litościwy, ale niemieszający się do niczego, odgadując, co mogło być w tym wypadku pomocném, dobył z pod płaszcza butelki, na pasku przewieszonéj, odśrubował ją, nalał pełną pokrywkę Nordhauzerówki i podał drżącemu Frejerowi.
Niemiec odepchnął ją zrazu, zawahał się i, wyciągnąwszy szyję, bo ręce miał skrępowane, pokazał ruchem ust, iż przyjmuje napój ofiarowany. Ekonom wlał mu go w otwarte usta, śmiejąc się z tego niemowlęcia, które karmił, jak piastunka.
Dydaś pisał tymczasem prędko, krótko, odczytując każdy wiersz napisany... Naostatek położył imię swe i nazwisko, zaprosił Chodziboja, potém pisarza, a w końcu prawą rękę Frejera zaczął rozwiązywać.
Nie bronił się, ani protestował Niemiec; głęboko zamyślony, zrezygnowany, dumał pewnie, jak się potrafi z tych więzów wyswobodzić. Wszystko to było nieprawne, gwałtowne i kwalifikowało się do „Erpressung”, przynaglenia groźbą do zapłaty... Miał więc słuszność mniemać Frejer, że prawo-by go obronić było powinno...