Strona:PL JI Kraszewski Czarna godzina.djvu/91

Ta strona została skorygowana.

u siebie zrobić porządek, nie oglądając się na to, co się gdzieindziéj robiło lub robi. Albośmy nie silni? Kto nas będzie śmiał pytać rachunku? Nie kocha nas nikt, za cóż my mamy ludzi kochać?
— Ho! ho! ho! — począł, wysłuchawszy mówiącego, Frejer — a co powié nasz parlament?... Przecież u nas on coś znaczy?
— Czyste komedye! — odparł Brause. — Parlament gada, a ludzie robią, co chcą. Tyle tylko, że krwi napsują kanclerzowi, który chętnie biurze do serca gadaninę. Gdzie idzie o monopol tytuniu, o podatek od spirytusu, w ogóle o pieniądze, których on potrzebuje, a musi je miéć, nie prosząc za każdym razem i nie kłaniając się parlamentowi, rozumiem, że się nadąsa na tych, co mu się sprzeciwiają, choć im da radę także; ale na patryotycznéj grając piszczałce, co zechce, od nas wymoże, a tu jeszcze przeciw Polakom sprawa!! nam w to graj! Erbfeind!
I śmiał się dziko Brause.
— My taką naturę mamy, że nam przyjemnie nieprzyjaciela dusić; przyklasną mu wszyscy i każdy się przygotuje wziąć kogoś za czuprynę. Rząd na tém zyska politycznie, my powinniśmy zarobić pieniądze...
Chwilkę milczeli.
— Święta prawda, — dołożył Frejer — trzeba z czasu korzystać. Teraz się za Polaków nikt