Strona:PL JI Kraszewski Kopciuszek.djvu/1271

Ta strona została uwierzytelniona.
57

Wyrazy te były dosyć obrażające, Teoś spłonął, ale Drzemlik był w swojém prawie, musiał połknąć przymówkę i zmilczéć.
— Weźmijmy się więc do sprawdzenia podług katalogów, — odparł chłodno.
— Ja nikogo nie posądzam, nie podejrzewam nikogo, ale każdy się może omylić, a kto nie dopatrzy okiem, dopłaci workiem. — dodał p. Michał.
— O! nie przeprosi, nie przeprosi, — rzekł w duchu, — zaciął się! dumna sztuka! cóż to? myśli że ja go jeszcze będę przepraszał.... nie doczekanie jego!
— Na sprawdzenie ja znowu dnia tracić nie mogę, — zawołał głośno, przyjdą kupujący, na to jest wieczór.
— Czy mam się stawić wieczorem? i o któréj godzinie? — zapytał Muszyński cierpliwie.
Drzemlik splunął, głowę schował w księgę regestrową i szukał czegoś przewracając karty żywo, jakby nie mógł wynaleść.
— Czy mam przyjść wieczorem? — powtórzył Teoś.
— Należałoby siedziéć tymczasem i speł-