Strona:PL JI Kraszewski Kopciuszek.djvu/1348

Ta strona została uwierzytelniona.
134

— Doprawdy, ciężko mi to jakoś powiedziéć przychodzi....
— Ciężko? mnie? staréj i dobréj znajoméj? jakże mnie pan krzywdzisz!.... Mówże śmiało, proszę....
— Powiem otwarcie.... Zaczynam być niespokojny o Abla Huntera.
— Jakto? cóż to? dla czego? nierozumiem.
— Pani go oczarowała! on sobie doprawdy nadto u niéj pozwala.
— O! zlituj się! krewny! Zresztą, wszak zgodziliśmy się na to, że tak było potrzeba.... dla sprawy....
— Tak, do pewnego stopnia.... ale....
— To téż, jest to do pewnego stopnia, — rozśmiała się chłodno kobieta, rzucając nań ukradkiem badające spojrzenie.
— Ale, czy nie zawiele już tego? czy nie byłoby już dosyć tych czarów, bo młokos może przebrać miarę, może mu się uroić....
Pani Palmer poczęła się uśmiechać dobrodusznie.
— O! o! byłżebyś pan o tego dzieciaka zazdrosnym? — odezwała się powoli.