Strona:PL JI Kraszewski Kopciuszek.djvu/431

Ta strona została uwierzytelniona.
131

— Ale proszęż mamy, tyle osób zawraca się.
Skutkiem tego krótkiego sporu, zawróciły się wprawdzie, ale Elwira szukając niespokojnemi oczyma lwa swojego, już go znaleźć nie mogła. Przebiegły umiejętnie kierując się w ulicach, cały ogród Saski, powróciły nazad w ulicę główną, wróciły do bocznych, nigdzie już pięknego nieznajomego nie było.
— To jakiś dziwny człowiek, — zawołała Elwira niecierpliwie, — a tak się zdawał przyzwoity...
— Mnie się widzi, — odparła matka, — że on musiał naczytać się romansów i intryguje nas umyślnie, aby podnieść ciekawość, a może rozpalić uczucie. Nic więcéj tylko fantazya pańska.
Już miały wychodzić z ogrodu, gdy Elwira uszczypnęła rękę matki pod mantylką, spostrzegła swojego lwa, który bardzo powoli tą razą kroczył boczną uliczką zamyślony głęboko. Nie kompromitując się wcale, można z nim było się spotkać, i dwie panie