Strona:PL JI Kraszewski Kopciuszek.djvu/687

Ta strona została uwierzytelniona.
127

— Widzisz mnie, piękna zawsze Adolfino, — rzekł Kapitan dopuszczając się pochlebstwa, które przydać się mogło — zdumionym i przejętym, — ty w téj ustroni i ciszy! wśród atmosfery klasztornéj, zatęchłéj... cóż to jest? wyszłaś na pustelnicę.
— Zawsze żartobliwy! — odezwała się z westchnieniem pani Jordanowa, ale z wiekiem przychodzi upamiętanie.
— Tak mówią, — odparł Pluta, — choć ja nie zupełnie temu wierzę, w starym piecu djabeł pali, a w młodym ludzie, ty zaś kochana Adolfino tak świeżo i ślicznie wyglądasz...
— Ale dajże mi pokój.
— Doprawdy! wytłumacz mi co znaczy ten surowy ascetyczny pozór twego domu, to zamieszkanie na pustyni. Więc wzgardziłaś światem.
— A! zupełnie! — uśmiechając się rzekła pani Jordanowa, — cisza mi teraz milsza nad wszystko, chciałam się nawet wyprowadzić na wieś, ale tam wszędzie kościół tak daleko
— Stałaś się nabożną?