Strona:PL JI Kraszewski Kopciuszek.djvu/949

Ta strona została uwierzytelniona.
169

Pobracki się uśmiechnął.
— Słyszałem już o tém, ale cóż pan chcesz?
— Pan wie, że kapitan Pluta, mój dobry przyjaciel i opiekun, znikł i wpadł jak w wodę, rzeczywiście, nie można wiedziéć co się z nim stało; ja tedy, skutkiem tego nieszczęścia, zostałem o kiju.
— Ale cóż to obchodzi jenerałową, proszę pana? — podchwycił Pobracki.
— Ja tylko żądam mojéj pensyjki.
— Jakiéj? — spytał Pobracki.
— Téj, o którąśmy się umówili....
— Umówili! umowa była czasowa, siłą i przemocą wymożona! cóż to za umowa! Pan sam wiész, że to była prosta chwilowa łaska jenerałowéj, która do niczego ją nie obowiązuje.
— A cóż ja pocznę?
— A co inni ludzie robią? — odrzekł surowo prawnik, — idą i pracują, a nie są ciężarem rodzinie. Upadam do nóg.
Kirkuć przestraszony zatrzymał się.
— Ale na miłość Bożą, proszę, ja z głodu umrzéć mogę, panie dobrodzieju.