Strona:PL JI Kraszewski Para czerwona.djvu/345

Ta strona została skorygowana.

widać było w szarej pomroce polatujące płatki śniegu, pędzone wichrem północnym.
— Wracam — rzekł — ze zgromadzenia poczciwej naszej czeladzi, kość rzucona, jutro i następnych dni wychodzimy w lasy, a połowa tych ludzi na tę porę, na którą psa wygnać trudno, idzie bez grosza, bez odzieży, bez jadła, bez kija w ręku nawet, na prawie pewną zgubę!
Westchnął.
— Ha! — dodał — nie może być inaczej, dobrze ktoś z nas powiedział: »z kijami na bagnety, z bagnetami na działa». Czego nam braknie, zastąpi męstwo i poświęcenie bez granic. Żaden z nas nie boleje nad sobą, ale patrząc na zapał tego ludu, na tego cudownego ducha, który zeń tryska, chciałby mu dać, do czego każdy żołnierz ma prawo, choć broń w rękę... Nie mówmy o tem lepiej — dodał — a co przyszłość wyrzecze, przyjmiemy z pokorą. Jutro — rzekł — rozpoczyna się powoli wychodzenie do lasu, jutro po kościołach zobaczycie panie mnóstwo młodzieży spowiadającej się na drogę, a za dni kilka i krew się już pewnie lać będzie — krew! — powtórzył kilka razy — krew! rozleje się jej dużo, ale to będzie deszcz, który nasze pola na przyszłe urodzaje użyźni.
— Kochany panie Karolu — odparła Ja-