Strona:PL JI Kraszewski Psiawiara.djvu/50

Ta strona została skorygowana.

Gryżdzianki przy herbacie nie było. Kostek więc mógł swobodnie mówić o swoim nieprzyjacielu.
— Tylko co nie widać — rzekł, śmiejąc się, jak go ci, co nań plwali i wyrzekali się go, poprowadzą do urzędu i gotowi na czele powiatu postawić. Taka u nas opinia... tacy ludzie...
Ma już Palczyńskich, z których korzyść niewielka; ma nowego Radzcę, choć niewiadomo jeszcze, co to za ryba; Ksiądz Dziekan podobno wierzy w nawrócenie grzesznika; córka, jak słyszałem, powraca do niego. Czego się taki łotr więcéj już spodziewać może? Obmyje się i — będzie czysty. Tylko ja nigdy się z nim nie pojednam. — Kostek odjechał.
Do wieczerzy wychodząca Gryżdzianka wydała się Sędzinie smutniejszą, niż kiedykolwiek, zamyśloną jakąś i nie swoją, i przypisywała to niepokojowi, zbudzonemu oczekiwaniem powrotu do Dubiniec. Brodzka, widząc, że to było nieuniknioném, starała się ją pocieszyć.
— Przemogę się — mówiła do niéj — i gdy ty do tych Dubiniec powrócisz, doprawdy powlokę się chyba za tobą, tak mi tęskno będzie.
Romana rzuciła się ją uściskać.
— Wiem, jak to będzie wielka ofiara, ale uczyń ją pani przez miłosierdzie nade mną. Jeżeli w istocie Dziekan mnie zmusi do powrotu, o jedne łaskę prosić będę ojca i spodziewam się ją wyjednać, aby mi pozwolił w małym dworku pozostać. Będziesz więc pani Sędzina mogła odwiedzać mnie, nie widując więcéj nikogo. — Szepnęła, oczy spuszczając.
Zapowiedziana zmiana w Białym Ostrowie Sędzinie była-by jeszcze cięższą do zniesienia, gdyż Romana była jéj dusznie potrzebną; ale, na szczęście wyprawa Walusi, zajęcie się jéj zamążpójściem, mocno zatrudniło panią Brodzka i wprawiło ją w gorączkowy ruch.
Było we zwyczaju, że dziewczęta, wychodzące ztąd za mąż, albo małe wyposażenie, lub sutą otrzymywały wyprawę, nie wytworną, ale gospodarską. Sędzina więc, będąc nieprzygotowaną, musiała słać, jeździć, targować się, sprowadzać krawców, naradzać się z panną i Kostkiem, posługiwać Zamarskim.
Ile razy jednak, wśród tego zakłopotania, przyszedł jéj na myśl odjazd Romany, wzdychała:
— Co ja teraz bez niéj pocznę!..
Gryżdzianka obiecywała jéj odwiedzać Biały Ostrów, ale Sędzina wątpiła, aby ojciec na to pozwolił, sama zaś zbyt często do Dubiniec przyjeżdzać nie mogła.
Dziekan tymczasem, kując żelazo, póki było gorące, Gryżdę przygotowywał; chodziło już tylko o sposób, w jaki się pojednanie dokonać miało. Uchwalono spotkanie się na probostwie u księdza Piszczały zkąd Gryżda miał wprost córkę zabrać do domu.
Dla Dziekana było to tryumfem i pociechą, Gryżda radował się także, zresztą wszyscy ubolewali nad losem Romany, a Sędzina mówić nawet o tém nie mogła, tak ją los ten bolał.
Sołomerecki podzielał jéj uczucie, lecz widział konieczność.
— Mnie także będzie bardzo żal panny Romany — rzekł otwarcie — ale jak bardzo zatęsknię, gotów-em pojechać w odwiedziny do Symeona, aby się jéj choć z daleka pokłonić.
Sędzina spojrzała na niego znacząco.
— Doprawdy? — zapytała.
Maurycy w żart to obrócił.

II.

W kościele brzmiały śpiewy i organy, Dziekan w asystencyi dwóch księży odprawiał sumę, jak zawsze ławki i kaplice pełne były pobożnych.
W jednéj z piérwszych tym razem, prawie niewidywany nigdy na nabożeństwach, Gryżda, stał ze spuszczonemi w ziemię oczyma i wargami zaciśniętemi. Czuł, że wzrok wszystkich był zwrócony na niego. Niekiedy poruszenie niespokojne, nerwowe, zdradzało, iż ten cynik ostygły wrażeniu jakiemuś oprzéć się nie mógł.
Któż wié? wspomnienia może lat młodych, seminaryum, uroczystości podobnych, w których brał udział jako kleryk, przesuwały się w jego pamięci i budziły nieodgadnione uczucia.
Długie lata upłynęły od téj młodości, odrzuconéj i zapartéj; Gryżda znajdował się u celu swych zabiegów, z takim uciskiem w duszy, jakiego nie doznawał, gdy na nowo rozpoczynał życie.
Wejrzenie jego nieśmiało wybiegało on kościół, jakby się lękało i spodziewało spotkać tam kogoś.
W ławeczce z boku, razem z Sędziną, klęczała z osłoniętą zupełnie twarzą Romana, a ruch ręki, z chusteczką białą ciągle pod woal wsuwającéj się, dozwalał się domyślać, że płakała.
I na nią téż, równie jak na ojca, oczy pobożnych się zwracały. Domyślano się, wiedziano, że ojciec i córka mieli tego dnia spotkać się u Dziekana, który dlatego wszystkich zwykłych swoich gości odprosił, aby pojednanie sam na sam, bez świadków innych, oprócz niego i Sędziny, odbyć się mogło.
Zdawało się, że Gryżda, który słuchał całéj mszy i kazania, tak był w myślach zatopiony, iż wcale nie wiedział, co się wkoło niego działo. Patrzący zauważyli, że w ciągu długiego nabożeństwa ani się skłonił, ni przeżegnał, ani usta mu się nie poruszyły.
Naostatek odśpiewano Święty Boże; Dziekan wszedł do zakrystyi, pobożni zaczęli się rozchodzić i rozjeżdżać; ale przed kościołem została gromadka, przez któréj wzroki Gryżda musiał przechodzić, jak przez rózgi.
Nie śpieszył téź z wyjściem, dając wszystkim się wyprzedzić. Siadł w ławce i zadumał się.
Romana z Sędziną przez zakrystyą przeszły na probostwo.
Kościół był już prawie pusty, i zakrystyan z dziadkami chodził tylko od ołtarza do ołtarza, gasząc ostatki świateł, zakrywając mensy, zabierając ampułki i ręczniczki, gdy naostatek Gryżda ocknął się i, jakby całéj siły swéj potrzebował na wyrwanie się ztąd, energicznym krokiem skierował się ku wyjściu.
Był li to ten sana cynik zastygły, który nigdy na ludzi, ich krzyki i obelgi nie zważał i nie cierpiał od nich? We wnętrzu duszy zapewne został tym samym, ale jéj powierzchnia, jeśli się tak wyrazić godzi, lód, co ją pokrywał, zaczynał tajać z boleści.
Nie mógł przypuścić, aby logika całego jego życia była chybioną i fałszywą, a jednak wynik jéj całkiem został chybiony.
Dlaczego? gdzie była omyłka?
Gryżda, przy całym swoim rozumie, dojść nie mógł. W tych danych, na których opierał swą logikę i postępowanie, musiało być coś chybionego. Co? Nie wiedział sam.
Zmienić kierunek? nie potrafił by może, gdyby chciał. Co daléj? pytał się nieustannie siebie, a w duszy nie znajdował odpowiedzi.
Są w życiu takie rozdroża, w których się obłęd postrzega, a dalszéj nie widzi drogi.
Powolnym krokiem, nie oglądając się, nie widząc nic, nie słysząc, co wkoło się działo, Gryżda obojętnie przeszedł przez cmentarz i zmierzał ku probostwu.
Do drzwi nie doszedłszy, stanął, usta mu się skrzywiły ironicznie, poruszył ramionami; zdało się jakby jakieś postanowienie powziął nagłe i stanowcze, które go nieco uspokoiło; podniósł oczy, wszedł do sieni.
Przez wpół odemknięte drzwi od pierwszego pokoju Dziekan już wyglądał, czekając na niego.
Powitali się milcząco.
Gryżda wszedł za Dziekanem.
Na małéj kanapce siedziała Sędzina, szarpiąc chusteczkę, którą trzymała na kolanach, obok niéj Romana z twarzyczką mocno zaczerwienioną, z oczyma wypłakanemi.
Na widok wchodzącego ojca, porwała się z miejsca, poruszona gwałtownie, podbiegła ku niemu, pochwyciła go, objęła i, płacząc, całować zaczęła. Gryżda stał, jakby walczył z uczuciem; twarz mu się rozpogodziła. Nie powiedział słowa, pocałował ją w czoło i zwrócił się do Sędzinéj.
Sędzina, która miała wielką ochotę wpaść z góry na Gryżdę, pomiarkowała, że ani czas, ani miejsce nie były po temu.
Przywitała się zimno.
— Przywożę panu córkę — rzekła — dzięki Bogu zdrowa... miło mi było w jéj towarzystwie... i tęsknić będę, ale ojciec ma swoje prawa.
Gryżda odpowiedział coś tak niewyraźnego, iż nikt go nie zrozumiał. Siadł z boku na krześle i wpatrzył się w Romanę. Dziekan, stojący tuż, spoglądał na dzieło swoje i szeptał, jakby odmawiał modlitwę.
— Mój panie Zenonie — rzekł — wszyscy a wszyscy winszujemy ci dziecka; wychowałeś je po Bożemu i to ci wielką jedna zasługę; nie popsuj że własnego dzieła.
Uśmieszkiem dziwnym, a raczéj ust wykrzywieniem odpowiedział na to Gryżda, nie znajdując na razie nic innego. Był widocznie zmieszany i jak na gorących węglach.
Sędzina i Dziekan czuli, że przedłużać tego dręczącego położenia nie godziło się. Ksiądz Piszczała zaprosił do śniadania, już przygotowanego na stole, do którego się zbliżyli wszyscy, ale go nikt nie dotknął.
Romana uściskała raz jeszcze w milczeniu Sędzinę, pocałowała w rękę Dziekana i zwróciła się do ojca.
— Jedźmy, ojcze.
Gryżda pożegnał się pośpiesznie.
— Wdzięczén jestem pani — rzekł do Sędziny, — a spodziewam się, że nie zechcesz Romanie i mnie odmówić... i dozwolisz pozostać z sobą w stosunkach.
Brodzka ruchem ręki odpowiedziała.
Dziekan wyprowadził ich do ganku, konie stały gotowe, powóz się zatoczył. Romana żywo skoczyła do niego, Gryżda za nią... i kocz ruszył ku Dubińcom.
Zamyślony pan Zenon długo się nie odzywał do córki. Dał słowo, że jéj wymówek czynić nie będzie; ona się namyślała od czego począć.
Za miasteczkiem już byli, gdy się zwróciła ku niemu.
— Kochany ojcze — rzekła głosem, który odzyskał dawną siłę — jedna tylko prośba. Pozwolisz mi zostać we dworku, który ja urządzę dla siebie. W pałacu mieszkać nie mogę.
— Będzie to trochę śmieszném, — odparł Gryżda — lecz przystanę i na to. Nie uciekaj mi już tylko z domu Z pałacem pogodzisz się powoli. We dworku zresztą postaram się, gdy go sama jedna będziesz zajmować, uczynić ci mieszkanie wygodném.
Skrzywił się nieco.
— Słyszałem — dodał — że tam Sołomerecki często bywał u Sędziny i ludzie mówią, żeście z sobą byli bardzo dobrze. Musiało się to także przyczynić do wstrętu dla pałacu.
— Nic a nic; bo nigdy Sołomerecki nie wspominał i nie dozwolił najmniejszéj wzmianki zrobić o Dubińcach. To jest człowiek szlachetny i delikatny.
Rozśmiał się Gryżda.
— Naturalnie, ma on te wszystkie przymioty, na których mnie zbywa — dorzucił ironicznie.
— Ojcze!..
— Zabawna rzecz, że jakiś traf osobliwy musiał pannę Gryżdziankę zbliżyć do jaśnie oświeconego. Ludzie ztąd gotowi wnosić, że ja mam głupią myśl naprawienia moich krzywd, ofiarując córkę jegomości. Ale jabym tego wcale za żadne dla ciebie szczęście, ani dla siebie za honor nie uważał. Takie małżeństwa...