Strona:PL JI Kraszewski Psiawiara.djvu/60

Ta strona została skorygowana.
IV.

Nadchodziła jesień; dla pani Sędzinéj była to pora, w któréj wspomnienia ojca i miłośnictwo łowów najmocniéj się w niéj odzywały.
Wydawszy Walusię za maż, skończywszy żniwa, nie mając nic do czynienia, zaczynała polować i na polowania zapraszać.
Sołomerecki był raz na zawsze zaproszonym także, ale, chociaż był niepospolitym strzelcem, nie miał najmniejszego w téj zabawie zamiłowania. Rzadko więc nawet dał się ściągnąć do lasu, znajdując w tém stratę czasu.
Trochę lepiéj na miejscu zbadawszy stosunki krajowe, widział potrzebę nowych studyów, zastosowanych do miejscowych wymagań.
Sprowadzał książki, zatapiał się w nich po nocach, jeżeli w dzień mu gospodarstwo nie dozwalało siedziéć nad niemi.
Najczęstszym gościem był zawsze Grześ u niego. Obaj potrzebowali siebie: Moroczko, aby sie skarżyć i szydzić z nowych ludzi, których tu poznawał; Sołomerecki, aby przed nim rozwijać swe plany ulepszeń i podniesienia gospodarstw.
— Wszystko na nic — mówił i powtarzał ciągłe, — dopóki dróg nie będziemy mieli. Ze wszystkich krajów ucywilizowanych jesteśmy najbardziéj zacofanymi pod tym względem, a póty się nasze rolnictwo opłacać nie będzie, póki tych arteryi, któremi życie płynie, nie posiądziemy.
Moroczko brał z tego asumpt do wyrzekania na nieporadność obywateli, którzy własnéj inicyatywy nie mieli w niczém, a domagali się aby wszystko gotowe dano.
Rozprawy o tém powtarzały się co dni kilka. Jeżeli Prokuror nie mógł być w Zalesiu, stęskniony Sołomerecki jechał do niego.
Jednego wieczora jesiennego, właśnie zasiadł do książek i nie spodziewał się już gościa, gdy dzwonek się dał słyszéć, po którym się domyślił Moroczki, i w chwilę potém Grześ stał w progu.
— Późno przyjeżdżam, — rzekł, — ale z fatalną i pilną nowiną. Sędzina Brodzka na polowaniu, przez nieuwagę, sama sobie cały ładunek loftek w piersi wpakowała. Powiadają, że niéma najmniejszéj nadziei jéj ocalenia. Na miłość Boga, dopóki żyje, czy nie można by twojego dzierżawnego kontraktu w jaki sposób dać do podpisu przy świadkach. Ponieważ mi bardzo o ciebie chodzi, dowiadywałem się już: testamentu niéma, a prawdopodobni jéj spadkobiercy mają być, z pozwoleniem, szują, jakich mało. Dlategośmy ich nigdy u niéj nie widywali.
Sołomerecki stanął, jak wryty.
— Zmiłuj się! gdyby nie wiem o co szło, umierającéj kobiecie, w takiéj chwili, narzucać kontrakt do podpisania, było-by czémś tak monstrualném!...
— Ba! — odparł Moroczko — ale jeżeli ona sama o tém pamiętać nie będzie, to z góry ci zapowiadam, że z Zalesia cię wyrzucą.
— Kontrakt jest spisany — odezwał się Sołomerecki, — brak mu tylko podpisów.
— Bagatela! i wniesienia do akt! — dodał Moroczko. — Fiszer tam probuje podobno ocalić postrzeloną, ale loftki zraniły pierś, płuca, i mówią, że niepodobieństwem jest, by żyła.
Maurycy załamał ręce.
— Było-by to najcięższym ciosem dla mnie — odezwał się, — prawdziwą ruiną, lecz niéma na to rady! Sic fata tulere.
Prokuror starał się jeszcze wmówić Sołomereckiemu, aby jechał do Białego Ostrowu i sprobował, czy się co uczynić nie da, ale