Strona:PL JI Kraszewski Złoto i błoto.djvu/352

Ta strona została skorygowana.

Gdy pan Łukasz wszedł do loży, już pan Marcin siedział w krześle...
— Co pan powiesz! odezwał się — już książę się mnie o was dopytywał. Co? kto? zkąd? czy pewny? Słyszał to kto co podobnego? on tu pan? ale!
Pan Łukasz się skrzywił i ramionami rzucił... ale wcale nie strwożył.
— Czyś mu, uchowaj Boże, na nagniotek nastąpił? spytał Żabczyński.
Zmilczał Łukasz... oczy mu się zaiskrzyły.
— Tałałajstwo to... mruknął wyczekawszy: tałałajstwo — i po wszystkiem... Ale jeżeli tak, mnie tu nie ma co popasać... zwietrzyli pismo nosem...
— Jakie pismo? spytał szwajcar.,
— Hm — co ja przed przyjacielem i godnym człowiekiem taić mam — począł Łukasz... Co taić mam! To są pasorzyty i rajfury... Wyprawili pana Leona precz... aby tu Sodomę i Gomorę zaprowadzili. Co tam taić? A no! ja w korytarzu złapałem przekradającego się tego grafa i — dałem mu kijem naukę, aby się po nocy nie włóczył... a no! tak! Na kwaśne jabłkom go zbił...
Mnie tam pan Leon albo i Maurycy ani śmierdzi ani pachnie — mówił ze wzrastającym gniewem Łukasz. Kat ich bierz wszystkich razem! ale na szelmostwa z zimną krwią nie mogę patrzeć...
Szwajcar usłyszawszy, zerwał zię z krzesełka.
— Co acan mówisz! To on nie padł ze schodów?
Rozśmiał się Łukasz.
— Padł, ale pod moim kijem na korytarzu; a takem go z apetytem obrabiał, że aż miło... Otoż widzę zwąchali, że to ja go tak oporządziłem.
Stał asłupiały Żabczyński, mrucząc:
— Wy! wy!
— A ja — a ja! Sodomy i Gomory nie mogłem znieść... Sprawiedliwości bożej byłem narzędziem...