Strona:PL JI Kraszewski Zemsta Czokołdowa.djvu/120

Ta strona została uwierzytelniona.

gła się od ruchu gwałtownego powstrzymać, odwróciła się i szybko weszła do chaty.
— Widzicie tę starą czarownicę! zawołał śmiejąc się stolnik: patrzcie, warta oglądania... Ma lat może z ośmdziesiąt, była we dworze za dawnych panów Krajewskich, i nienawidzi mnie i nas tu wszystkich, jakby najezdników. Starałem się ją na wszelki sposób ułagodzić, nic nie pomogło. Gadać do nas nie chce... Mówią, że miała jakieś ścisłe stosunki ze dworem... bogata słyszę, ale skąpa. Boję się téj baby, wszyscy ją mają za czarownicę, ludzie jéj słuchają jak wyroczni, muszę oszczędzać i obchodzić, bo gotowaby podpalić jeszcze...
Czokołd ruszył ramionami, śmiejąc się na całe gardło.
— No, no, śmiéj się zdrów... a baba czarownica.
Przebywszy parę niegodziwych grobel i kawałek piasku, który już do Mieczsług należał, zbliżyli się do dworu szambelana, który był pod sam las wsunięty. Wcale niepocześnie wyglądały zabudowania ciężkie, drewniane, stare, z podziurawionemi dachami, opuszczone. Folwark, tymczasowa rezydencya, od sporéj chaty różnił się tylko gankiem ze słupkami. Obielono go wprawdzie i odreparowano nieco, ale zawsze był lichy i nędzny. Tuż za nim ku lasowi i w głębi lasu widać było zakreślony plan nowego domu, który budowano pośpieszając na gwałt, i ogrodu, a raczéj dzikiéj promenady, mówiąc językiem wieku, już przez szambelana wykrojonéj wśród staréj dębiny, sosen i leszczyny.