Strona:PL JI Kraszewski Zemsta Czokołdowa.djvu/14

Ta strona została uwierzytelniona.

Tu się się zająknął, podumał, podniósł głowę i rzekł:
— Nazywam się Jan Czokołd... i kwita, niegdyś bene natus et possessionatus, bywało Litwin, dziś włóczęga... co o tém gadać!
— A coż tu robicie? spytał zdumiony podróżny.
— Co? hę! po nocach się włóczę i ludzi od zbójców ratuję, jak widzicie, gorzko się uśmiechając zawołał stary szlachcic. Dajmy pokój rozmowie.
Obejrzał się na dyszel.
— Hę! dyszel diabli wzięli! rzekł.
— A tak, proszę pana, ozwał się woźnica: jeszcze dobrze, że sworzeń utrzymał, bo dyszel...
— Niewielka rzecz, musicie przecięż w drodze mieć siekierę i postronki...
— Mój panie a bracie, cóż tandem daléj począć, czy nocować w lesie przy trupach?
— Ale! co zaś! zawołał szlachcic, jeno mi dajcie się rozgospodarować, pojedziemy na noc do Czerwonego klasztoru, księdza tam znajomego mam, nocleg jeszcze będzie niczego.
— Ale wy?
— A ja was przeprowadzę, wesoło rzekł Czokołd: nie mam nic lepszego do roboty.
To rzekłszy jął się sam ku ludziom, koniom i do dyszla. Dopieroż wszyscy też ruszyli się, inaczéj zabiegając, aby prędzéj z téj dziury wyleźć.
Hryszka ognia pilnował, a że się okrutnie ciemności przy trupach lękał, naniecił ognisko, przy którém wołuby upiec było można, i cały obóz oświecił. Dorzucał coraz suchych gałęzi, a las w ich blasku bardzo pięknie wyglądał; ale bliższy oka obraz nie był wcale wdzięczny. Ludzie za nogi zbójców wyciągnąwszy kładli ich kopą,