Strona:PL JI Kraszewski Zemsta Czokołdowa.djvu/60

Ta strona została uwierzytelniona.

To mówiąc przyszedł doń i ściskać począł. Czokołd się wahał, namyślał, miękł, nie mówił słowa, ale widoczne było, że się z własném postanowieniem pasował. Naostatek gdy gospodarz jeszcze przynaglać bardzo zaczął:
— No, to niech będzie wola wasza, rzekł: jadę z wami. Nie chcę tylko, żeby u mnie w domu wiedziano, żem w dalszą drogę ruszył; odprawię jutro do dnia sługę z kartką.
— Jakżeś ty poczciw! zawołał ściskając go ponownie Cieszym; jakiś ty dobry! Niech ci Bóg płaci.
— Ale słowo, dodał Czokołd, szlacheckie słowo, iż mnie wstrzymywać nie będziecie, gdy powracać zechcę...
— Słowo najświętsze.
Podali sobie ręce, Kobyliński jeszcze go raz uściskał. Zatém, że nie było wówczas zwyczaju dosiadywać długo, poszli do pacierzy i do poduszki.
Nazajutrz rano mieli się obaj wybrać w podróż, zasposobić się w co potrzeba i ruszyć z południa do obmyślonego noclegu. Sposób podróżowania pana Cieszyma, którego się trzymał święcie, nie jemu jednemu był właściwy. Miał z góry wyznaczoną marszrutę taką, aby o ile możności karczmy uniknąć. Po drodze byli wszędzie znajomi, kolligaci, krewni, zresztą probostwa i klasztory po miasteczkach, tak, że szlachcic mający stosunki przebywał cały kraj, nie wstępując nigdzie do karczmy. Karczma była dla ludu, dla żydów, dla tych zresztą nieszczęśliwych, którzy w imię braterstwa nie mieli