Strona:PL JI Kraszewski Zygzaki.djvu/324

Ta strona została skorygowana.

pan wiesz, że jak się okazało, miała cale nieszpetny kapitalik, uzbierany w ciągu swego zawodu.
— Istotnie! — zapytał zdumiony Abdank — kapitalik?... miała kapitalik?
— Tak jest, że trzy tysiące czerwonych złotych... dodała jenerałowa... Otóż... u mnie kondycyonował niejaki Bończa, młody chłopak... i St. Flour się za niego wydała. Mają dzierżawę na Mazurach.
— Ślicznie! — rzekł Micio. — Bardzo się cieszę...
— Bończa nieledwieby mógł być jej synem, połakomił się na kapitał więcej niż na nią — a ona na młodość chłopca i dom własny.
Słyszę, biedaczka, ma piekło w domu...
Abdank głową pokiwał...
— Marności rzeczy ludzkich! — rzekł, stawiając szklankę wypróżnioną.
Ostatnia wiadomość tak jakoś podziałała na pana Mieczysława, iż zamilkł nagle, i począł szukać kapelusza... Czuł on, że na poczcie nie mogło się wszystko tak prędko skończyć, rozweselić się po znużeniu, jakiego doznawał — wygadawszy się i wyszafowawszy całą wesołość, jaką przywiózł tu z sobą.
Jenerałowa go już nie wstrzymywała, wysunął się życząc jej dobranoc, i pobiegł co tchu do Paździerskich, gdzie w istocie towarzystwo w najlepszem usposobieniu intonowało... Pije Kuba do Jakóba...


KONIEC.