Strona:PL James Fenimore Cooper - Krzysztof Kolumb (cut).djvu/069

Ta strona została przepisana.

niekąd twoje uniesienie; lecz nie zapomnij, że chcąc otrzymać jéj rękę, powinieneś wprzód odkryć Cipango.
— Widzę już okiem wyobraźni uroczą tę wyspę! Mercedes na jéj pobrzeżu wita nas z niewinnym uśmiéchem, czarującym jednocześnie zmysły i duszę. Oby najświętsza panna zesłała nam wiatr pomyślny, byśmy coprędzéj opuścić mogli to smutne pustkowie!
Kolumb nic nie odpowiedział, gdyż mimo pobłażania dla szału rozkochanego młodzika, zbyt ważne zaprzątały go myśli, aby podać mógł ucha wynurzeniom miłosnym.


ROZDZIAŁ XIII.


Nadeszła wreszcie chwila stanowcza, chwila co wynagrodzić miała Kolumbowi tyloletnie zawody i cierpienia. Podczas gdy ogół, porównywając wątłe środki oddane pod jego rozrządzenie z niezmiernemi trudnościami, truchlał o skutek przedsięwzięcia, burzącego w ich przekonaniu wszystkie prawa natury; odkrywca, lubo nie tracił zwykłéj przytomności, znajdował się w stanie zachwycenia, tłumionego jedynie przez roztropność. Ojciec Juan Perez szepnął na ucho Luis’owi, że radość admirała podobną być musi do błogiego uczucia chrześcianina, co z padołu ziemskich cierpień wchodzi w krainę wiecznego życia, którego niezna, a jednak z pewnością dostąpić się spodziéwa.
Drugiego sierpnia po południu podniesiono kotwice i rozwinięto żagle. Sternicy zamierzali w dniu tym poprowadzić okręty tylko do Huelva; ale zawsze byłto początek podróży, uważanéj przez wielu za bezpowrotną. Kolumb, wyprawiając posłańca do dworu, pozostał jeszcze na lądzie; nakoniec i on, w towarzystwie Luis’a i przeora, udał się ku przystani. Trzej przyjaciele postępowali w milczeniu, bo każdy z nich innemi zajęty był myślami; przeor zastanawiał się nad niebezpieczeństwem dzieła, które w téj chwili wydawało mu się nader wątpliwém; Kolumb przebiegał pamięcią szczegóły wydanych rozporządzeń; Luis wreszcie marzył o dziewicy kastylskiéj, jak zwykle nazywał Mercedes, i smucił się długiém z nią rozłączeniem.
Niedaleko pobrzeża towarzysze przystanęli, czekając na czółno. Tu ojciec Juan pożegnać miał podróżników; przerywając zatém długie milczenie, rzekł głosem wzruszonym:
— Sennorze Kolumbie! kilkanaście lat upłynęło od czasu jak przybyłeś poraz piérwszy do klasztoru de la Rabida, a były to dla mnie lata słodzone przyjaźnią i szczérém zadowoleniem.
— Podzielałem takowe, wielebny ojcze, chociaż rzucony na pastwę różnorodnych cierpień. Lecz nie zapomnę nigdy owéj chwili, gdy znużony pieszą podróżą, bez przytułku, bez pożywienia, wzywałem gościnności waszego zakonu. Przyszłość jest w ręku Boga, ale przeszłość niezatarte ślady wyryła w mojém sercu. Byłeś mi przyjacielem, czcigodny ojcze, wtenczas kiedy wszyscy mnie odtrącali; jeżeli kiedykolwiek zdołam przerobić zdanie ogólne.....
— Już ono przerobione na twą korzyść, admirale, przerwał skwapliwie ojciec Perez. Czyż nie zyskałeś pomocy naszych władzców i tego oto młodzieńca szlachetnego? nie towarzysząż ci życzenia wszystkich ludzi oświeconych naszego półwyspu?
— Byćto może, mój ojcze; zawsze jednak większość będzie nas lekceważyć, póki potrwa tułaczka nasza po morzu. W téj chwili nawet, gdyśmy posiedli środki rozwinięcia méj teoryi, gdy dotykamy już stopą progów przedsionka Indyj, mało kto zapewne wierzy w powodzenie wyprawy.
— Masz za sobą donnę Izabellę, sennorze.
— I donnę Mercedes! dodał Luis, nie mówiąc już o méj ciotce.
— Kilka tylko miesięcy cierpliwości! zawołał Kolumb, odkrywszy głowę osiwiałą wiekiem i troską i wznosząc ku niebu pałające spojrzenie; kilka miesięcy, to chwila jedna dla szczęśliwych, lecz dla nas staną się ony wiekami. Świętobliwy przeorze, nieraz już opuszczałem ląd stały z przekonaniem, iż życie moje wisi na włosku, iż prędzéj może wypadnie zginąć, jak szczęśliwie