Strona:PL James Fenimore Cooper - Na dalekim zachodzie.djvu/71

Ta strona została uwierzytelniona.

Na te słowa stary Warren zaczął się poważnie zastanawiać nad tem, czy się godzi puścić siostrzeńca na pustynię. Obawiał się on o życie młodzieńca. Tomasz wszakże, pomimo wszelkich namów i przedstawień, trwał w swoim zamiarze, i wuj, chcąc nie chcąc, musiał mu ustąpić!
Przystąpiono tedy do przygotowań. Warren wybrał zpośród swych sług dwóch najodważniejszych; ci mieli towarzyszyć Tomaszowi w podróży. Opatrzono podróżnych również w niezbędne zapasy żywności, poczem nastąpiło pożegnanie. Złe przeczucia ogarnęły Warrena, gdy ściskał dłoń siostrzeńca, Wituh wszakże, uspakajając go, rzekł: „Nie lękaj się, stary panie, własnem życiem będę bronił młodzieńca; moja w tem troska, aby mu i włos z głowy nie spadł.“





Rozdział III.
Śmiała jazda. — Spoczynek.

Był piękny dzień wiosenny, gdy odważni nasi wędrowcy zanurzyli się w przestwory pampasów. Równina bez końca podobną była do zielonego kobierca, z tła którego wychylały swe pstre główki miljardy kwiatków o najprzepyszniejszych barwach. Zrzadka tylko można było dostrzedz grupę drzew magnoljowych lub olbrzymich kaktusów. Niezliczone stada dzikich koni pasły się na tych niezmiernych pastwiskach; bawoły i na wpół dzikie bydło gauchosów tłumami błąkało się po równinie.