Strona:PL Jaworski - Historje manjaków.djvu/138

Ta strona została uwierzytelniona.
nuda klombów sadzonych, nuda bawialni, nuda haremów — — —
Już może sen mój przyjdzie, mój sen upragniony —
Sen biały lodowców —
sen trwożny limby samotnej,
sen wonny azalji o skonie w przymroku nad świtem —
Tymczasem zajrzę jeszcze do proroków.


Przyozdobił papier podpisem i pieczęcią, na widoku kantorka go złożył i, nie oglądając się za niczym, wyszedł. W podwórzu zziajanego chłopca przycapił i powlókł.
Odeszła burza. Uciekają sponsowiałe obłoki pod zachód słońca. W powietrzu rozpachniała siarka. Kasztany zapaliły, niby boże drzewka, różowe świeczki swych kwiatów. W lipowych alejach ogrodu pobrzękiwały pierwsze chrabąszcze. Pan Pichoń sunie przez ścieżki rozmokłe. W ciemnej dłużni drzew prześwieca mu strzęp biały drzewnego włókna. Zwisa konar z pnia bezwładnie, odsłaniając ranę młodego, strzaskanego świerka. Wkoło park, cały płaczący. Padają łzy, słychać. Łzawią się mchy brodate, niejeden pień zgrzybiały stęka, gazony przez rzewność płynącą wymlaskane świeżo. Całe towarzystwo popłakujące. Za kim? Oczywiście za świerkiem. Młody, wysmukły, dorodny, przyszłość mieć musiał najwidoczniej. Żył w otoczeniu. Oglądano go. Padały uznania, oceny. Musiała się skupić około niego życzliwość. Pan Pichoń zaklął, wbijając stopę w nabrzmiałą od ulewy ścieżkę. Ucie-