Strona:PL Jaworski - Historje manjaków.djvu/204

Ta strona została uwierzytelniona.


nasa o sztuce i jej ludziach, o nieobecnych a wzmianki godnych, o gospodarce miejskiej, domokrąstwie i wodociągach przepychem barw wprost porywały zebranych, ogólną wesołość doprowadzały do szczytu napięcia, gdy nagłe objawienie się owej demonicznej manjery, w sposobach nieprzewidzianych, najodmienniejszych, ścinało uśmiechy i w milczący niepokój grążyło ucztujących.
U wyniku więc każdego przedsięwzięcia czy śmielszego giestu wyskakiwał, jak pajac na drucie, gdzieś z głębi rozchylonych ust mecenasa, tajemniczy towarzysz­‑koboldzik i, wstrzymując zakończenie, w najdzikszych tonacjach zgłaszał swoje „veto“.
Wówczas mecenas tężał w zniedołężnieniu uciesznym, niby porażony udarem nagłym. Gwałtownie opadał ze sił, na czole występowało spotnienie a w tęczówkach oczu tępo lśniło bolesne osłupienie. Z czasem jednak, po szeregu bezowocnych zmagań, pokrywał on wszelkie zamachy złowieszczej przemocy melancholijnym uśmieszkiem.
Ponieważ wszystkie te paroksyzmy i walki dwuch ukrytych sił o władzę nad bezsilną ofiarą odbywały się w granicach ledwie dostrzegalnych, prawie niedostępnych dla niewprawnych spojrzeń, sąd społeczności nad bohaterem moim musiał być niedokładny, a więc i nieskromny. Zwłaszcza poważne matrony stawiały mecenasa jako ujemny wzór przykrych nawyczek, nieoględności lat młodzieńczych czy niedbalstwa ze strony wychowawców. W imieniu bohatera wybaczam wam płochość waszą, matrony zacne!
Z wyjątkową starannością unikał mecenas pozo-