Strona:PL Jaworski - Historje manjaków.djvu/210

Ta strona została uwierzytelniona.


Ciężko dyszy. Stanęła przy rampie, a przepastne jej, rozszerzone źrenice rzuciły się w głąb czarnej, z podziwu umilkłej sali.
A wtym jedno drobne zajście, niby alarmowy sygnał nadpływających spienionych wydarzeń, wątły szczególik pierwszorzędnego jednak znaczenia dla „miłośników miłości“.
Z rzędu pierwszych foteli unosi się barczysta postać męska i z rąk jej leci pod stopy akrobatki dźwięczący przedmiot (złotem połyskuje).
Sala milczy. Towarzyski nietakt. Damom należą się kwiaty, precjoza przesyła się (o ile to konieczne) przez posłańca w puzderku. Dama obrazi się niezawodnie, wzgardzi.
Artystka posiada jednak swoje manjery odrębne. Oto się schyla, podnosi cacko i dokładnie w oświetleniu kinkietów ogląda. Z widocznym znawstwem ocenia, jest zadowolona, złote okowy bransolety spina na czarnym rękawie powyżej kostki naręcznej. Nie kłoni się wdzięcznie, subretkowego nie śle całusa, jeno z poważnym namysłem białą różę ze splotów wyjmuje, uważnie w pierwszy rząd foteli spogląda, wymierzyła i czysty kwiat o rozrosłą męską pierś ciska. Wnet odwróciła się i leniwie odchodzi, jak przyszła.
Rumor oklasków, nieprzestanny, uparty. Nóg tupotanie, okrzyki, gwizdy. Lecz czarna miss już nie wyjdzie. Ma swoją odrębną manjerę. Z pod smyczków cygańskiej kapeli sączy się wytworny, sentymentalny walczyk Crémieux’a:

Quand l’amour refleurit.