Strona:PL Jaworski - Historje manjaków.djvu/215

Ta strona została uwierzytelniona.


Zresztą już nic nie wiem i wiedzieć nie chcę, prócz jednego: dla czego dobroczyńca par miłosnych nie zjawił się u nas, u mnie i mojej nauczycielki, dla czego nas nie uszczęśliwił, nie usunął niepokonalnych przeszkód i nieuniknionych wstrętów, dla czego nie ułatwił rozwoju spóźnionej miłości, dla czego zbawczą sakwą nie zabrzęknął?
I pytanie „dla czego?“ powtarzał w kółko, uparcie, prawie z metafizycznym akcentem. Napuchła twarz Beksaya rozbeksiła się beznadziejnie.
Klub zorganizował improwizowany atak na prezesa. Pomadowane głowy młodzieńców obojętnych przyłączyły się przez groźne nachylenie rozdziałów do ogólnego rokoszu, a nawet Kręcicki nie szczędził sobie podniesienia pretensji:
— A dla czego do mnie prezes nie przybył i nie uwolnił domu od nędzy. Wszak i u nas miłość kwitła. Dopiero niedostatek, mimo nadludzkie wysiłki, wtrącił żonę moją w objęcia kochanków. Ale ja nigdy nie byłem „persona grata“. Psiakrew! łatwo to powiedzieć sobie: wierzę w istnienie miłości. A potym wciąż wierzyć i u drugich oglądać. Wybierać sobie klasyczne przykłady, zauważone szczegóły przemyślać, roztrząsać. Urządzać kosztowne kombinacje, protegować rasowych buhajków a samemu stać zdala, nie przeżywszy w sobie ni jednego z uczuć przesilenia, ni jednego miłosnego dreszczu. Zaspokoić pokątnie chuć zwykłą, nie wtrąciwszy siebie w odmęt porywów, popędów, w gwałt i zgrzyt odruchów ludzkich, istotnych. Łatwo od wszystkiego się uwolnić i być wyrodkiem.