Strona:PL Jaworski - Wesele hrabiego Orgaza.djvu/430

Ta strona została przepisana.

rzu, niby Ahaswera rozwiane szaty, powstają dęba, ale wnet toną w czekających ludów rozdziawionych gębach. Kiry zwisają z wieżyc, z balkonów i z różnych wyglądów[1]. W wietrze wiuwają[2] i bałamkają.

Wreszcie coś słychać. Od strony kościoła, zwanego Transito de Neustra Senora, dawniej synagogi ufundowanej w czternastym wieku przez Samuela Meir Haleviego, do uszu tłumów zrzeszonych dolata, niby cietrzewi głuche tokowanie, niby turkawek o zmroku gderanie, niby chrabąszczów w maju furczenie czy zacnej biedronki jedwabne bzykanie. Ponad kopuły miedziane kościołów, ponad patyny jasne seledyny, żórawi stado w klucz się wygina i na miasto spływa. Czem bliżej ziemi, tem bardziej czernieją zwiewne, złotosine listki i płateczki. W oczach brudnieją przy opadaniu, jak meteory. Wszyscy rozpoznają ukraińskie barwy. Tragicznych umrzyków lotne karawany. Przy kamienicznych czołgają się gzymsach, powoli a zdarnie drutów unikają telegraficznych. Wielu jest takich pośród gawiedzi, którzy się boją, że żałobne ptaki na łby im spadną, więc przyklękają, jak gdyby w pokorze przed umarłymi i odruchowo na potylice dłonie pokładli. Lekko, nienagannie, trumny otulone w bieliste całuny kroczą powietrzem paradnego marsza, jak gryfy widmowe. Spółzawodnicy rozochoceni do wielkiej nagrody: nagrody pośmiertnej.

  1. Otwory do wyglądania (gwara).
  2. Powiewają (gwara).