Strona:PL Joseph Conrad-Młodość; Jądro ciemności.djvu/057

Ta strona została uwierzytelniona.


— „Mój panie młody, zajedziesz z tym swoim okrętem na dno, jeśli nie będziesz uważał“. Był to złośliwy starzec — i oby głębokie morze, gdzie śpi teraz — kołysało go łagodnie, kołysało go tkliwie aż po kres wieków!
— Przed zachodem ulewny szkwał przeszedł nad dwiema tamtemi łodziami, które zostały daleko za rufą, i wtedy straciłem je z oczu na pewien okres czasu. Następnego dnia siedziałem, sterując swoją łupinką — pierwszem swojem dowództwem — a naokoło mnie było tylko niebo i woda. Dostrzegłem popołudniu górne żagle okrętu w oddali, ale nie powiedziałem nic, a moi ludzie go nie zauważyli. Widzicie, bałem się że to może być okręt w drodze do kraju, a nie śniło mi się zawracać od samych wrót Wschodu. Sterowałem w kierunku Jawy — druga błogosławiona nazwa, uważacie — podobnie jak Bangkok. Sterowałem przez wiele dni.
— Nie potrzebuję wam mówić, co to jest poniewieranie się po morzu w otwartej łodzi. Pamiętam dni i noce zupełnej ciszy, kiedyśmy wiosłowali, wiosłowali, a łódka zdawała się stać na miejscu, jakby spętana czarem w obręczy morskiego horyzontu. Pamiętam upał, potopy nawałnic, które pod grozą śmierci zmuszały nas do wylewania bez tchu wody z łódki (lecz napełniały naszą beczkę), i pamiętam w końcu szesnaście godzin, w ciągu których z ustami wyschniętemi na żużel stawiałem czoło zbałwanionemu morzu na swem pierwszem dowództwie. Nie miałem przedtem pojęcia, jak dzielnym jestem człowiekiem. Pamiętam zapadnięte twarze, zgnębione postawy moich dwóch ludzi, pamiętam swoją młodość i uczucie które już nigdy nie wróci — uczucie że będę trwał wiecznie,