Strona:PL Joseph Conrad-Młodość; Jądro ciemności.djvu/060

Ta strona została uwierzytelniona.


— „Okropną miałem przeprawę“ — szepnął. — „Mahon jest za nami — nie tak daleko“.
— Rozmawialiśmy szeptem, cichym szeptem, jakbyśmy się bali obudzić ów kraj. Armaty, gromy, trzęsienia ziemi nie zbudziłyby naszych ludzi.
— Rozglądając się podczas rozmowy, zobaczyłem daleko na morzu jasne światło wędrujące wśród nocy.
— „O, parowiec mija tam zatokę“ — rzekłem.
Ale nie minął zatoki tylko wszedł do niej, a nawet zbliżył się tuż i zapuścił kotwicę.
— „Chciałbym“ — rzekł stary — „żeby się pan dowiedział czy to statek angielski. Możeby mógł nas gdzie zawieźć“.
Kapitan wydał mi się zdenerwowanym i niespokojnym. Zapomocą okładania pięściami i kopania wprawiłem jednego z moich ludzi w stan somnambulizmu, dałem mu wiosło, sam wziąłem drugie, i skierowaliśmy się ku światłom parowca.
— Słychać tam było gwar głosów, metaliczne, głuche szczęki z maszynowni, kroki na pokładzie. Iluminatory jaśniały, okrągłe jak wytrzeszczone oczy. Krążyły postacie, a wysoko na mostku tkwił niewyraźny zarys człowieka. Ten człowiek usłyszał moje wiosła.
— I wówczas, nim jeszcze zdążyłem otworzyć usta, przemówił do mnie Wschód — ale przemówił w zachodnim języku. Potok słów został wylany w zagadkową, w groźną ciszę; obcych, gniewnych słów, zmieszanych ze słowami i nawet całemi zdaniami w poprawnym języku angielskim, co było mniej obce lecz jeszcze bardziej zdumiewające. Głos ten klął i wymyślał gwałtownie; podziurawił gradem przekleństw uro-