Strona:PL Joseph Conrad-Zwierciadło Morza.djvu/083

Ta strona została uwierzytelniona.

dniowego bieguna aby urządzić zamach na nas, Bogu ducha winnych. W godzinę później nicby już statku nie uratowało, gdyż żadne oko nie mogłoby rozpoznać wśród zmierzchu tej bladej bryły lodu omiatanej przez białogrzywe fale.
A gdy stanęliśmy obok siebie u tylnej poręczy, kapitan i ja, patrząc na krę, ledwie już widoczną lecz wciąż jeszcze bliską, kapitan rzekł z zamyśleniem w głosie:
— Gdyby nie ten obrót koła w samą porę, byłby jeszcze jeden wypadek „przepadłego“ okrętu.
Nikt nie powraca nigdy z takiego statku aby powiedzieć jak ciężka była jego śmierć, jak nagła i druzgocąca rozpacz jego ludzi. Nikt nie wie jakie były ich myśli, jakie żale w chwili śmierci, z jakiemi słowami na ustach umarli. Lecz jest coś pięknego w nagłem przejściu tych serc od najgwałtowniejszej walki, i wysiłku, i straszliwego hałasu, od rozległej, nieukojonej, wściekłej powierzchni mórz — do wielkiego spokoju głębin, których snu nie zmąciło nic od zarania wieków.


XVIII

Jeśli słowo „przepadły“ kładzie kres wszelkiej nadziei i ustala straty akcjonarjuszów, słowo: „zapóźniony“ potwierdza trwogi już obudzone w wielu domach i otwiera pole dla spekulacji.
Oczywiście spekulacji na ubezpieczeniach przeciw stratom morskim. Jest pewna kategorja optymistów, którzy gotowi są ubezpieczyć ponownie zapóźniony statek za bardzo wysoką cenę. Ale nic nie może ubezpieczyć serc na wybrzeżu od gorzkiego wyczekiwania na najgorsze.