Strona:PL Joseph Conrad-Zwierciadło Morza.djvu/137

Ta strona została uwierzytelniona.

rozpościerają się doki gładkie i spokojne, zagubione wśród domów jak ciemne laguny ukryte w gęstym lesie. Leżą schowane w poplątanym gąszczu zabudowań, a łodygi masztów górują gdzieniegdzie nad dachami czteropiętrowych magazynów.
Dziwne jest to zestawienie dachów ze szczytami masztów, murów z rejami. Pamiętam raz jak uprzytomniono mi w sposób namacalny dziwaczność tego połączenia. Byłem głównym oficerem pięknego statku, wprowadzonego właśnie do doku z ładunkiem wełny z Sydney po dziewięćdziesięciu dniach podróży. Nie minęło pół godziny odkąd zajęliśmy nasze leże i wciąż byłem jeszcze zajęty cumowaniem statku do kamiennych pachołków bardzo wąskiego nabrzeża, naprzeciw wysokiego składu towarów. Stary człowiek o zarośniętym podbródku i mosiężnych guzikach na kurtce szedł śpiesznie wzdłuż nabrzeża, obwołując mój okręt. Był to jeden z urzędników zwanych dokmistrzami, nie ten co nas cumował ale drugi, który był przedtem zajęty bezpiecznem zamocowaniem parowca w drugim końcu doku. Dostrzegłem zdaleka że jego niebieskie oczy o twardem spojrzeniu patrzyły w nas jak urzeczone; dziwnie był czemś pochłonięty. Zaciekawiło mię, co ten zacny wilk morski znalazł do skrytykowania w osprzęcie mego statku. I ja też spojrzałem w górę z niepokojem. Nie mogłem tam dostrzec nic wadliwego. A może mój dymisjonowany kolega w zawodzie poprostu zachwyca się idealny porządkiem osprzętu, pomyślałem z ukrytą dumą; albowiem za wygląd statku odpowiada pierwszy oficer i jemu należą się pochwały lub nagany dotyczące zewnętrznego stanu okrętu. Tymczasem stary wilk morki („ex-szyper przybrzeżny“ było napisane wielkiemi literami na całej jego postaci)