Strona:PL Julian Ejsmond - Antologia bajki polskiej.djvu/130

Ta strona została uwierzytelniona.

Trzeba się wrócić o tam, pod drzewo,
gdzie się krzyżują drożyny;
stamtąd waś pójdziesz dróżką na lewo
i zajdziesz za dwie godziny. —

— Bóg zapłać! —, odrzekł posłuszny radzie
i idzie wedle wskazania.
Nagle mu staje wóz na zawadzie,
ktoś z niego grzecznie się kłania.

— A dokąd losy Waszmości wiodą? —
— A do kościoła. — — No, proszę...
Trza było tam iść... o... hen... nad wodą...
Tuś Waść zabłądził potrosze... —

— Bóg zapłać! — odrzekł nierad już prawie
tej nieproszonej opiece...
Wraca i kroczy po mokrej trawie
dążąc na przełaj ku rzece...

Wtem... ktoś nad brzegiem siedząc z więciorem
pyta go dokąd się wlecze?
— No, do kościoła! — — Ba, to wieczorem
nie zajdziesz, biedny człowiecze. —

— Czemu? — — Boś drogę wybrał daleką. —
— Ależ mi taką wskazano! —
— Mówię ci, starcze... idąc nad rzeką
nie dojdziesz może i rano. —

— A niech Was piorun siarczysty spali! —,
zaklął w tej ciężkiej potrzebie,
wszyscy mi drogę złą wskazywali,
trza było radzić się siebie. —