Strona:PL Julian Ejsmond - W puszczy.djvu/031

Ta strona została uwierzytelniona.
—  37  —

Nieraz od tego czasu patrzył śmierci w złe ślepia... I zawsze ona, blada morderczyni, ulękła się jego zabójczych szabel. Zawsze ona bywała zwyciężona i słabsza — zawsze on triumfował...
Posłyszał ciche, dalekie wycie. Księżyc wytoczył się nad bór i oblał zimnym blaskiem białą knieję.
„Wilki polują“ — pomyślał. — „Na kogo?“
Wycie tymczasem zbliżało się coraz bardziej. Najpierw jakby lękliwe i nieśmiałe, podjudzające się wzajem, przeszło w szczek chrypły, zajadły, w gon wściekły, charczący...
Ze wszystkich stron ujrzał gorejące ślepia, wywalone ozory, kły, śliną ociekające... Powstał gniewny, zdziwiony, że ktoś śmie mącić spoczynek Jego, władcy tych stron... I nagle zrozumiał.
Zrozumiał, że to na niego łowy rozpoczęto. Lecz groźny krąg nie śmiał się zbliżyć. Trwał w oddaleniu, uparty, złowieszczy, zgłodniały — ale trwożny.
Wściekłość go oślepiła... Runął, jak burza — prując i szarpiąc skłębione, szare cielska...