Strona:PL Juliusz Zeyer - Jego i jej świat.djvu/102

Ta strona została przepisana.

Skoro ojciec zasnął, powróciła do jadalni. Nalała dwa kieliszki szampana, podając jeden z nich hrabiemu, swój zaś podniosła w górę, mówiąc:
— Za powodzenie, naszej koalicji! Patrzysz pan na mnie zdziwiony. Muszę zatem wszystko powiedzieć. Myślisz pan zapewne, że po wczorajszym zajściu odsunę się od towarzystwa. Przeciwnie, teraz właśnie chcę jaknajwięcej bywać. Wypowiedziałam tylko walkę, którą prowadzić będę dalej z całym wysiłkiem. Wszak będziesz mi pan sprzymierzeńcem?
Zamiast odpowiedzi, uścisnął serdecznie jej rękę.
— Pragnę zabłysnąć wszelkiemi zaletami, jakie oni za szczyt doskonałości uważają. Mieli mnie za błazna? Teraz oni się staną mojemi błaznami. Jestem od nich rozumniejsza, przyznaję otwarcie. To im tylko nadawało prawo do wydrwiwania mej naiwności, że nie znając ich, uważałam za ideały.
Teatr Izabeli — to pierwsze szranki, gdzie muszę odnieść zwycięztwo.
— Jakim sposobem dojdziesz pani do tego?
— Takim, że chcę was wszystkich zachwycić, oczarować. Zagram napewno, jak wielka artystka, ponieważ pragnę tego z całej duszy. Rozpacz mnie do tego popycha, więc wszystkiego dokażę.
Hrabia odczuwał dobrze, że jeśli Gabryela zechce, podbije wszystkich. Patrząc na jej twarz promieniejącą, pełne ognia oczy, nie mógł zapanować nad swem uczuciem.
Ukląkł i mówił z przejęciem: