Strona:PL Juliusz Zeyer - Jego i jej świat.djvu/149

Ta strona została przepisana.

przerwało słabe, żałosne kwilenie dziecka. Ogarnął mnie niewysłowiony smutek. Rozejrzałam się dokoła, wybiegłam przez marmurowe schody do olbrzymiego ogrodu, oglądałam każdy krzak, każdy klomb — nigdzie jednak żywej duszy nie było, a głosik dziecka wciąż brzmiał mi w uszach. To głos mego dziecka! — wyrwał się okrzyk zbolałego serca. Rzuciłam się gwałtownie w wir zabaw, aby w morzu światowych uciech stłumić to palące uczucie, jakie zrodziło się we mnie małą iskierką, która rosła i rosła, aż wybuchnęła w ogromny płomień, a ten przemienił się w pożar, duszę i ciało trawiący — była to miłość do tego małego, tak okrutnie porzuconego stworzenia. Całe swe bogactwo, swą duszę, zbawienie, wszystko byłabym oddała za jedno spojrzenie na moje dziecko. Przechodziłam piekielne męki. Powróciłam do Czech, do gór Karkonoszskich[1]. Odnalazłam naszą chatę, ale zamieszkiwali ją obcy ludzie, było to bowiem w dwa lata już po moim ślubie. Rozpytywałam się o dawnych właścicieli. Matka Jarosława wyprowadziła się pono do Pragi i tam przed rokiem umarła. O Jarosławie nikt nie umiał nic powiedzieć, o istnieniu zaś dziecka nie wiedziano zupełnie. Dobrze byliśmy! ukryci, świat nie domyślał się nawet tego, co się pod strzechą naszej chaty rozegrało. Pojechałam do Pragi, szukałam pilnie, wszystko napróżno. Byłam w rozpaczy. Ścigała mnie widocznie jakaś klątwa.

Bez litości odwróciłam się od dziecka, teraz Bóg

  1. Olbrzymie.