Strona:PL Juliusz Zeyer - Jego i jej świat.djvu/151

Ta strona została przepisana.

Lambert chciał mówić, przerwała mu jednak.
— Nie sądź zbyt surowo! — wołała błagalnie. — Umieram z niepokoju przed tą chwilą, w której dowie się Gabryela o kolejach mego losu. Ah, jak to strasznie być sądzoną przez swe własne dziecko! Ale chyba przebaczycie mi wszystko, boć i ten, co zatrzymał mnie wówczas nad przepaścią, ulitował się nad nieszczęsną istotą. Znalazłam nareszcie tę, którą szukałam z rozpaczą w duszy, błagam cię więc, Lambercie, bądź między mną a nią pośrednikiem! Obym przytulić mogła do łona swego Gabryelę, objąć rękoma, na których wyzionął ducha jej ojciec, pogodzony zupełnie, z uśmiechem na ustach. Potem niech się dzieje, co chce. Umrę szczęśliwa, błogosławiąc ją i ciebie, wychwalając Boga, Zbawiciela mego!
Upadła na kolana na zmarznięty, twardy śnieg, objęła nogi Lamberta, łkając boleśnie, ręce jego skraplała łzami.
I on również zapłakał. Podniósł ją z ziemi i stali długo w niemym uścisku.
Wyrwał ich z zadumy głos wielkiego dzwonu. Przestraszyła się i zadrżała nerwowo.
— Co to znaczy? — pytała.
Lambert objaśnił znaczenie tego hasła.
— O, chodź, chodź — wołała niecierpliwie. — Więc już zobaczę swoją Gabryelę, moją Wandę. Będziesz mógł zapewne pomówić z nią tutaj, a potem, potem nakoniec będzie mi dozwolono przygarnąć ją do serca. Chodźmy!