Strona:PL Juliusz Zeyer - Jego i jej świat.djvu/88

Ta strona została przepisana.

i zmuszasz mnie do pomówienia z nią bezzwłocznie...
— Nie rozumiem do czego pani zmierzasz, nie poczuwam się do żadnej winy.
Paganiowa roześmiała się złośliwie.
— Byłam pewną, że nie potrafisz zająć miejsca, na jakie wyniósł cię mój syn, hańbiąc swą rodzinę, miałam jednak nadzieję, że przez samą wdzięczność postarasz się wypełnić to zadanie. Zawiodłam się.
Gabryela zdrętwiała. W ten sposób nikt z nią jeszcze nie mówił, nikt się nie ośmielił patrzeć tak lekceważąco. Myślała, że jej serce pęknie. I oto jego matka podobnie ją upokarzała.
— Miej pani litość nademną — szepnęła. — Jam niedoświadczona, zbłądziłam. Gniewasz się pani na mnie, że cię publicznie obraziłam, nie przywitawszy się. Żałuję tego, ale czemuż uraziłaś mnie okrutnie w swym własnym domu? Czy nie czujesz pani, że mnie zabijasz temi słowy straszliwemi, jakich nie słyszałam dotąd.
— O, proszę nie udawać dziecka. Czyż myślisz, pani, żeś mnie obraziła? Bynajmniej nie, ja się tylko zarumieniłam za ciebie. I o to również nie idzie w tej chwili, że tak chętnie spełniłaś życzenie mojej córki i stałaś się błaznem, zabawką całego towarzystwa praskiego i o to nie, że twoja naiwność jest już przysłowiową. Nie licuje to z zasłużonem nazwiskiem naszem, jakie wypadkowo i ty nosisz, ale wina w tem i Lamberta po części.