Strona:PL Karol Dickens - Dombi i syn. T. 2.djvu/229

Ta strona została przepisana.

— Jaka szkoda, żem go nie znała i nie widziała.
— Może to i lepiej, jeźli się pomyśli o jego losie.
— Nie mogłabym zresztą więcej płakać, gdybym go była znała. Twój ból jest moim bólem. Ale gdybym go była znała, byłabym ci teraz milszą.
— Czyż są na świecie pociechy i niedole, którychbyś ze mną nie dzieliła?
— Pewnie, że niema.
— Jakże więc możesz myśleć, że w tym lub innym wypadku stałabyś się milszą, niż jesteś i niż pozostaniesz. Mam to uczucie, Henryko, jak gdybyś go znała i za dobre miała moje z nim stosunki.
— Niezupełnie, Janie, niezupełnie.
— Czy sądzisz, żebym mu nie przyczynił zła przez swą przyjaźń?
— Tak myślę.
— Jabym mu nie zaszkodził z rozmysłem, lecz mogłaby go kompromitować opinia podobnej znajomości. Zgadzasz się z tem, czy nie zgadzasz?
— Nie zgadzam się.
— W każdym razie miło mi teraz pomyśleć, żem zawsze usuwał od siebie zapalnego młodzieńca. No, bądź zdrowa, Henryko.
— Bądź zdrów, miły Janie. Wieczorem o umówionej godzinie i w znanem ci miejscu