Strona:PL Karol Dickens - Maleńka Dorrit.djvu/135

Ta strona została skorygowana.


— Nie można, Saro, trudno — tłumaczył się starzec.
— Będzie inaczej, gdy ojciec znów zamieszka z nami. Tam nie mają wyrozumienia dla nikogo.
— Będzie inaczej — mówił biedny śpiewak z błyskiem nadziei w oczach. — Naturalnie. Przyjdzie ta chwila, jeśli się Bogu spodoba.
— To już ojca wola — odezwał się Plornish. — Ciężko bywa, lecz Sara świadkiem, że chętnie podzielimy się kawałkiem chleba, byle już raz być razem, jak pan Bóg przykazał.
— Nie, nie, dobry Tomaszu — szeptał wzruszony staruszek — nie będę odejmował od ust twoim dzieciom. Wiesz, jak postanowiłem, reszta w mocy Boga.
Wkrótce staruszek zaczął się wybierać, gdyż chciał dziś jeszcze odwiedzić Marshalsea i złożyć uszanowanie panu Dorrit. Pan Dorrit był dla niego zawsze bardzo łaskaw. Mógłby iść z miss Dorrit, jeżeli pozwoli.
Emi zgodziła się chętnie, gdyż także wracała do domu i z przyjemnością widziała, jak dumny był staruszek, idąc obok niej przez ulicę.
Szli zwolna, rozmawiając, — na moście wiszącym Emi zaproponowała odpoczynek i usiedli na jednej z ławek. Patrzyli na rzekę, a staruszek mówił, coby zrobił, gdyby do niego przypłynął taki statek, pełen złota. Wynająłby dla Plornishów piękny dom z ogrodem, codzień pijaliby kawę na śniadanie, a przy obiedzie limonjadę. Myśl o tem rozweseliła go i pokrzepiła.
Tuż prawie przed więzieniem spotkali strojną Fanny. Na widok Emi, prowadzącej starca, cofnęła się o kilka kroków, a twarz jej wyrażała taką zgrozę, że maleńka Dorrit się przelękła. Pozostawiła pana Nandy i podbiegła do siostry przerażona.
— Fanny, co się stało? — zapytała.
— Fanny, Fanny! Wstydziłabyś się raczej pokazywać w dzień biały na ulicy pod rękę z żebrakiem z Przytułku! A potem Emi, Emi! nie masz żadnej godności — oburzała się starsza siostra.
— Nie rozumiem takiego wstydu — odparła maleńka Dorrit. — Opiekuję się biednym starcem, to nie przynosi ujmy.