Strona:PL Karol Dickens - Maleńka Dorrit.djvu/141

Ta strona została skorygowana.


— Tu mi jest najlepiej — rzekła cichym głosem. — Tu spełniam obowiązek.
Objął wzrokiem drobną istotę, tak wątłą ciałem, w zniszczonej sukience i znoszonych trzewikach, w której mieszkała silna, bohaterska dusza.
— Czy pamiętasz, co mówiłaś mi wtedy na moście? — Wyrzucasz sobie krótką przechadzkę dla zdrowia, dla nabrania sił i odwagi. Dużo myślałem o tem, moje dziecko, i... chciałem zapytać... czy nie masz w serduszku jakiej małej, maleńkiej tajemnicy, którą powinnaś mi także powierzyć?...
— Tajemnicy? — powtórzyła Emi słabym głosem. — Nie... nie mam takiej tajemnicy...
— A księżniczka! — zawołała nagle Maggi. — A ta mała dziewczyna, co przędła na progu? powiedz mu, jaką miała tajemnicę, matusiu!
Emi oblała się ciemnym rumieńcem i Artur patrzył na nią zadziwiony.
— To... bajka — szepnęła wreszcie drżącym głosem, czując jego badawczy wzrok na sobie.
— Maleńka Dorrit — przemówił jeszcze ciszej, delikatnie biorąc jej rękę — tak dawno chciałem o tem porozmawiać z tobą... otwarcie... Uważaj mię za starca, który cię bardzo kocha, jak swoje własne dziecko... Gdyby nie to, iż w tym pokoju skupiają się wszystkie twoje uczucia i myśli, dawno pomówiłbym z twym ojcem, prosząc go o pozwolenie umieszczenia cię odpowiedniej. Lecz wiem, że nie zgodziłabyś się na to... Jesteś jednak młodą dziewczyną, twoje serce może uderzyć dla kogoś poza murami tego smutnego więzienia...
Emi potrząsnęła głową energicznie, była bardzo blada i nie patrzyła na niego.
— Może to się stać, maleńka Dorrit.
— Nie... nie... nie... — wyszeptała z taką stanowczością, jej postać wyrażała taki beznadziejny smutek, że Artur długo potem nie mógł zapomnieć jej głosu ani wyrazu twarzy.
— Może się to stać kiedyś, maleńka Dorrit... Chodzi mi