Strona:PL Karol Dickens - Maleńka Dorrit.djvu/224

Ta strona została przepisana.


— Myślałem... że tu panu będzie lepiej — odezwał się ponuro. — Nie podam panu ręki... ale przygotowałem dla pana ten pokój. Czy pan zadowolony?
— Dziękuję ci, Johnie — rzekł Clennam roztargniony, wodząc zdumionem okiem po ścianach i sprzętach, które zdawały się wołać jednym głosem:
— Maleńka Dorrit!
Usiadł na krześle i pogrążył się w chaos myśli, wspomnień, trosk i bólu. Ogarniała go dziwna niemoc, znieczulenie, zdawało mu się, że zapada w sen jakiś, który obezwładnia go zupełnie.
A jednak w szarym mroku, który go otaczał, świeciło drobne, lecz miłe światełko: — maleńka Dorrit.
Nigdy dotąd nie zdawał sobie jasno sprawy, jaki wpływ na jego życie miało to drobne dziewczę. Teraz widział, iż była dla niego przykładem. Zbudziła w nim nowe, najlepsze uczucia. Kto czynem, nie słowami, uczył zapomnienia o sobie, pracy dla innych, miłości wytrwałej i bezinteresownej, walki cichej i mężnej z drobnemi, lecz ciągłemi przeszkodami? Gdy myślał o jej pracy, zniszczonem obuwiu, lichej sukience, niedojedzonych obiadach, które przynosiła do domu, gdy przypominał sobie, jak gorąco musiała bronić słabości ojca, — czuł się sam małym, słabym, niegodnym przyjaźni tej szlachetnej istoty.
A jednak tej przyjaźni nie myślał się wyrzec, ona była mu dzisiaj jedyną gwiazdeczką, rozjaśniającą ponure ciemności.
Do pokoju wszedł odźwierny Chivery.
— Czy pan nic nie potrzebuje? Wychodzę na miasto. Przepraszam, że wszedłem, lecz nie mogłem się dostukać, myślałem, że pan słaby.
— Stukaliście? — spytał Artur zadziwiony.
— Kilka razy. Przysłano pańskie rzeczy. John zaraz je przyniesie. Chciałem też prosić pana, żeby nie zwracał uwagi, jeśli John będzie dziwaczył. To bardzo dobry chłopiec i bardzo szlachetny, tylko... tylko... ma serce.
Skinął głową i wyszedł. Clennam nic nie rozumiał, co to