Strona:PL Karol Dickens - Opowieść o dwóch miastach Tom II.djvu/022

Ta strona została skorygowana.

i badawczo rozgrzebał popiół i przeszukał brózdy w kominie, które zrobił tam, czy rozszerzył, swoim drągiem.
„Niema nic w drzewie i nic w słomie, Jakóbie?“
„Nic!“
„Zbierzmy to wszystko na środku celi. Tak! A teraz zapalcie!“
Klucznik podłożył ogień pod mały stos, który natychmiast strzelił gorącym, wysokim płomieniem. Potem cofnęli się, by dojść do drzwi celi, zostawili palący się stos i wyszli na dziedziniec: teraz mieli wrażenie, że stopniowo wraca im zmysł słuchu, aż znowu znaleźli się w szalejącym odmęcie.
Morze bałwaniło się, pieniło, domagając się Defarge’a. Święty Antoni domagał się, by Defarge stanął na czele straży mającej pilnować gubernatora, który bronił Bastylji i strzelał do ludu. Inaczej nie będzie można dostarczyć gubernatora na sąd do Hôtel de Ville. Inaczej gubernator ucieknie, a krew ludu (która nagle, po wielu latach, nabrała ceny) będzie niepomszczona!
W ryczącem morzu namiętności i walki, które otaczało ponurego starego wojaka, ubranego w szary mundur z czerwonemi oznakami, jedna tylko osoba była niewzruszona, a była nią kobieta. „Oto mój mąż!“ zawołała wskazując Defarge’a. „Patrzcie, Defarge!“ Stała nieporuszona tuż obok starego oficera i nie ruszyła się od niego ani na krok. Szła tuż przy nim, gdy szedł ulicami, prowadzony przez Defarge‘a i innych. Pozostała obok niego, gdy doszedł do miejsca swego przeznaczenia i gdy zaczęto go bić ztyłu. Stała nieporuszona tuż przy nim, gdy spadł na niego grad ciosów i razów. Stała tak blisko niego, gdy upadł nieżywy na ziemię, że ożywiwszy się nagle, stanęła mu nogą na karku i swoim okrutnym nożem — oddawna przygotowanym — odcięła mu głowę.
Wybiła godzina, kiedy Święty Antoni przystąpił do urzeczywistnienia swojej potwornej idei wieszania ludzi, zamiast latarń, i pokazania, co może i do czego jest zdolny. Krew Świętego Antoniego podniosła się, a krew tyranów i rządzących żelazną ręką ściekała w dół — ściekała po schodach Hôtel de Ville, gdzie leżało ciało gubernatora — na trzewik pani Defarge, gdy stanęła na tem ciele, by uciszyć jego drgawki. „Spuścić latarnie!“ wołał Święty Antoni, oglądając się za nowemi narzędziami mordu. „Musimy mu postawić na warcie jednego z jego żołdaków!“ Wystawiono wiszącego szyldwacha i morze runęło dalej.
Morze czarnych i groźnych wód, bałwanów przelewających się jeden przez drugi, morze, którego głębia była jeszcze nieznana, a siły nieobliczone. Bezlitosne morze rozgorzałych namiętnością postaci, głosy zemsty i twarze tak