Strona:PL Karol Dickens - Opowieść o dwóch miastach Tom II.djvu/081

Ta strona została skorygowana.

przybiegł zadyszany, gdyż walczył z unoszącym go prądem Carmagnoli, ucałowawszy małą Łucję, którą podniesiono wgórę, by mogła zarzucić ojcu ramiona na szyję, uściskawszy wreszcie zawsze zazdrosną pannę Pross, która podniosła dziecko — Karol porwał w ramiona Łucję i zaniósł ją do jej pokoju.
„Łucjo! Jedyna moja! Jestem ocalony!“
„Ach najdroższy, pozwól, niech na kolanach podziękuję za to Bogu, jak się zawsze doń modliłam!“
Oboje ze czcią pochylili głowy i serca. Gdy znowu znalazła się w jego ramionach, powiedział:
„A teraz podziękuj ojcu, najdroższa! Nikt inny w całej Francji nie mógłby dokonać tego, co on zrobił!“
Położyła rękę na sercu ojca, jak kiedyś, dawno, dawno, i położyła jego głowę na swojem sercu. Szczęśliwy był, że mógł jej odpłacić, czuł że mu wynagrodzono jego cierpienia, dumny był ze swojej potęgi. „Nie wolno ci być słabą, kochana“, mówił. „Nie drżyj tak. Uratowałem go!“


Rozdział siódmy.
Pukanie do drzwi.

„Uratowałem go!“ To nie marzenie senne, w które tyle razy zapadał. Nie, to była prawda. A jednak żona jego drży i nieokreślony ale głęboki niepokój szarpie jej sercem.
Powietrze dokoła było tak ciężkie i mroczne, ludzie byli tak roznamiętnieni, mściwi i kapryśni, ludzi niewinnych skazywano na śmierć tak łatwo za najlżejszem podejrzeniem lub wskutek złośliwego donosu, że niepodobna było zapomnieć, ilu niewinnych jak jej mąż i innym drogich sercu, jak on był jej drogi, dzień w dzień dzieliło los, którego on uniknął. To też serce Łucji nie czuło takiej ulgi, jaką czućby powinno. Mrok zimowego popołudnia zapadał, a straszliwe wozy wciąż turkotały na ulicach. W myślach towarzyszyła im, szukając między skazanymi — jego. Więc mocniej tuliła się do Karola i drżała coraz bardziej.
Ojciec, pocieszając Łucję, okazywał pełną współczucia wyższość tej kobiecej słabości, na którą aż dziwnie było patrzeć. Niema już teraz strychu, ani szewctwa, ani numeru Sto Pięć, ani Wieży Północnej! Dopiął celu, który sobie postanowił, spełnił obietnicę — uratował Karola. Niech polegają na nim.
Gospodarstwo doktora było bardzo skromne: nietylko dlatego, że tak było najbezpieczniej, ponieważ najmniej raziło ludność, ale i dlatego, że nie byli bogaci: Karol, podczas pobytu w więzieniu musiał płacić drogo za swoje wyżywienie, za straż, a również dopłacać do życia uboższych więźniów. Trochę z tych powodów, a trochę dlatego, by nie mieć szpiega w domu, nie trzymali służby; obywatele