Strona:PL Karol Dickens - Opowieść o dwóch miastach Tom II.djvu/102

Ta strona została skorygowana.

Carton przerwał rozmowę i wstał, by pomóc staremu gentlemanowi wdziać płaszcz; „ale pan“, rzekł pan Lorry, wracając do tematu, „pan jest młody“.
„Tak“, rzekł Carton, „nie jestem jeszcze stary, lecz droga mej młodości nie była nigdy drogą ku wiekowi dojrzałemu. Ale nie mówmy już o mnie“.
„I o mnie także, oczywiście“, rzekł pan Lorry. „Wychodzi pan?“
„Pójdę z panem aż do jej drzwi. Pan zna moje włóczęgowskie i niespokojne przyzwyczajenia. Jeżeli będę się trochę dłużej wałęsał po ulicach, niech się pan o mnie nie niepokoi. Zjawię się zrana. Pan idzie jutro do sali sądowej?“
„Tak. Niestety“.
„I ja tam będę, ale tylko jako jeden z tłumu. Mój szpieg znajdzie mi miejsce. Będzie pan łaskaw przyjąć moje ramię panie Lorry“.
Pan Lorry oparł się o ramię Cartona i zeszli razem po schodach a potem na ulicę. W kilka minut doszli do miejsca przeznaczenia pana Lorry. Carton pożegnał go tutaj, ale spacerował jeszcze czas jakiś w pewnem oddaleniu, potem zbliżył się do zamkniętej już bramy i dotknął jej. Powiedziano mu, że codziennie chodzi pod więzienie. „Wyszła tędy“, powiedział, oglądając się, „skręciła tutaj, musiała iść po tych kamieniach, nieraz. Pójdę śladami jej kroków...“
Była godzina dziesiąta wieczorem, kiedy stanął przed więzieniem La Force, gdzie ona stała setki razy. Mały drwal, zamknąwszy swój sklepik, palił na progu fajkę
„Dobry wieczór, obywatelu“, powiedział Carton, zatrzymując się, gdyż oczy drwala spoczęły na nim pytająco.
„Dobry wieczór, obywatelu“.
„Jakże tam Republika?“
„Myśli pan o Gilotynie? Nieźle. Sześćdziesięciu trzech dzisiaj. Niedługo dojdziemy do setki. Samson i jego pomocnicy skarżą się czasami, że mają za dużo roboty. Ha! ha! ha! Śmieszny ten Samson! To dopiero golarz!“
„Często chodzicie patrzeć, jak...“
„Goli? Za każdym razem! Dzień w dzień! To dopiero golarz! Widzieliście go przy pracy?“
„Nigdy!“
„Idźcie zobaczyć, kiedy ma roboty po uszy. Wyobraźcie sobie, obywatelu: zgolił dzisiaj sześćdziesięciu trzech w niespełna dwie fajki! Mniej niż dwie fajki trwało to! Jakem żyw!“
I gdy uśmiechnięty staruszek wyjął z ust fajeczkę, chcąc zademonstrować, jak mierzył nią czas, Carton poczuł taką ochotę wytrząść z niego duszę, że odwrócił się, by odejść.